bba2

Ku wielkiemu zdziwieniu najbliższego otoczenia zaczęłam uczęszczać na zajęcia dla niemowląt wraz z córką kiedy skończyła 4 miesiące. Tak, wiem jaka jest ogólna opinia na ten temat, że rodzice chcą swoje niespełnione ambicje przelać na dziecko, że męczą, że dziecię stanowczo za małe, niedojrzałe, że to już zwykła piaskownica i patyk nie wystarczą tylko trzeba takie cuda wymyślać. W wersji hard dochodzi jeszcze obawa o zdrowie dziecięcia bo przecież jakich to chorób można się nabawić wśród dzieci od tych zasmarkanych podlotków i czym to się nie można zarazić w basenie z kulkami. Kropką nad „i” przeciwników zapisywania małoletnich na wszelkie dodatkowe aktywności, bez względu na wiek, jest chęć zaimponowania znajomym. Czym? Statusem oczywiście, oczywiście ponadprzeciętnymi umiejętnościami i zdolnościami dziecięcia tak żeby tym odbiorcą naszego lansu oczy na wierzch wyszły i żeby w lot pojęli, że nasze dziecko właśnie wygrywa z ich dzieckiem w wyścigu szczurów. Talenty ponad wszystko! Wiecie o co chodzi? Zapisałam dziecko na zajęcia żeby kiedyś zajęło komuś miejsce na liście przyjętych do podstawówki,odebrało wymarzony indeks, a to wszystko to i tak naprawdę tylko po to żeby moje najdroższe ubiegło go w trakcie rozmowy o pracę. Uwielbiam takie myślenie i tego rodzaju patrzenie na świat.

Otóż, ku jakże ogromnemu rozczarowaniu wielu, zapisałam dziecię tak małe na zajęcia w zupełnie innym celu. W chwili kiedy urodziłam Helenkę nie miałam licznego grona przyjaciółek czy kuzynek, które również byłyby szczęśliwymi czy mniej szczęśliwymi mamami. Moje najbliższe koleżanki zajęte są zdecydowanie raczej nauką i pracą niż rodzeniem dzieci. Prawda jest taka, że poza niepohamowaną chęcią znalezienia czegoś gdzie chodzę na konkretną godzinę i pod co powinnam ułożyć sobie plan dnia, czymś poza wizytami w salonie kosmetycznym, chciałam po prostu zapewnić mojemu dziecku dorastanie w miarę możliwości wśród innych dzieci.

Mam siostrzeńców, dwaj chłopcy, są bliźniakami i od samego początku miałam to szczęście obserwować jak cudnie dorastają mając nieustanne towarzystwo brata. Uważam, że są dzięki temu ciągłemu przebywaniu z innym dzieckiem absolutnie wyjątkowi. Tacy otwarci na inne dzieci, społecznie przystosowani. Każdy wie, że dziecko lepiej wychowuje się wśród innych dzieci. Rodzeństwa na pstryk, i to jeszcze najlepiej takiego w podobnym wieku nie byłam w stanie Helence zapewnić i stąd wybór padł na zajęcia dodatkowe. Chcąc zatem podążać śladami starszej siostry również chciałam by i moje dziecko było tak towarzyskie jak dziecięcia w najbliższej rodzinie. Moja siostra nie wiedząc wówczas jakim szczęściem obdarzyła ją natura w postaci bliźniąt w kwestii społecznego rozwoju jej potomnych ochoczo żartowała z tego jak kupuje dziecku koleżanki i kolegów na godziny. Żarty na bok.

Pierwsze zajęcia miały charakter sportowy. Tutaj również nie dorabiałam do tego zbyt wielkiej filozofii. Nie marzyłam o olimpiadzie czy mistrzostwach świata w gimnastyce dla mojej córki. Dlaczego gimnastyka dla niemowląt? To były po prostu jedyne dostępne na łódzkim rynku zajęcia dedykowane tak małym dzieciom. Wszelkie inne opcje zaczynały się zazwyczaj od 6 miesiąca życia czy roku. Długo byłoby czekać, tym bardziej, że pomysł był świeży i aż palił w głowie żeby jak najszybciej go zrealizować. Kolejne zalety? Miejsce gdzie miała miejsce ta przyjemność znajdowało się w niedalekiej okolicy naszego miejsca zamieszkania. Może nie aż tak żeby zadawać szyku wózkiem, ale tym niemniej nie wiązało się to z większym zamieszaniem komunikacyjnym. Lokalizacja zyskała akceptację. Biorąc uwagę powyższe nie zastanawiałam się zbyt długo. Wielce podekscytowana zapakowałam Helenę w nosidełko i wyruszyłam na podbój próbnych zajęć gimnastycznych! Miało być gwarno i wesoło, oczami wyobraźni widziałam te kłębiące się w sali dzieci i ich uśmiechnięte buzie. Z rzeczywistością w tym aspekcie zderzyłam się dość szybko ujrzawszy, że na zajęciach jest tylko Helena i jeden chłopczyk. Na początku w głowie mojej zaczął rysować się zawód. W efekcie okazało się, że dzięki nieimponującej ilości dzieci, każde z nich mogło liczyć na stuprocentową uwagę i ćwiczenia z osobistym instruktorem. Okazało się po prostu, że jednak organizowanie w ten sposób czasu dzieciom od czwartego do bodajże ósmego miesiąca życia nie jest aż tak popularne jak oczekiwałam.

img_2519

Najlepszą recenzją mojego pomysłu na ćwiczenia dla najmniejszych był uśmiech mojego dziecka i zainteresowanie totalnie wszystkim co działo się na sali. Była doskonała zabawa, świetni instruktorzy i jakże wyczekiwana przeze mnie interakcja z kolegą. Wbrew temu co zwykło się czasem mówić o takich atrakcjach, zupełnie nie chodziło o wspieranie chęci rywalizacji czy sztywne, nieprzyjazne dziecku zasady. Z zajęć wyszłyśmy bardzo ukontentowane, podjęłyśmy decyzję o wykupieniu karnetu na jeden semestr bo tak wówczas działało to miejsce. Na zajęcia chodziłyśmy początkowo dwa razy w tygodniu. Za każdym razem moje maleństwo było tak zmęczone, że zasypiało jeszcze przed wejściem do samochodu w drodze powrotnej. Dziecięca gimnastyka okazała się dla Helenki ogromną frajdą i absolutnym strzałem w dziesiątkę!

img_2892

Pozytywne doświadczenia związane z powyższymi zajęciami zachęciły nas do spróbowania kolejnych, które mam nadzieję wkrótce Wam przybliżyć i szczegółowo opisać. Inna konwencja, inna tematyka, ale równie atrakcyjna dla malutkich brzdąców. Naprawdę warto zainteresować się tym tematem. Korzystny wpływ tych doświadczeń na moje dziecko jest nie do opisania. Córka stała się śmiała, bezpośrednia i otwarta na kontakty z innymi dziećmi. To są takie drobne rzeczy, ale moje niespełna roczne dziecko już wyrobiło sobie nawyk witania się dziećmi na placu zabaw, w parku czy na sali zabaw. Po prostu wie, że dołączając do zabawy, wchodząc w nową grupę powinna się przywitać, wie, że wychodząc należy się pożegnać, pomachać. Może komuś wyda się to błahe i nieistotne. Ja jestem naprawdę dumna, że Helenka jest tak fajnie ukształtowana pod tym względem. Na zajęciach instruktorzy zwracali uwagę nie tylko na rozwój fizyczny dzieci, choć i ten niesamowicie zyskuje na naszej przygodzie z zajęciami. Helenka jest dzieckiem niesłychanie sprawnym co w dużej mierze zawdzięczam w mojej ocenie właśnie gimnastyce dla niemowląt. Ja wiem, że wiele dzieci na takie zajęcia nie chodziło, że kiedyś to takich rzeczy nie wymyślali, a dzieci jakoś żyją, chodzić się nauczyły i jakoś dały radę nauczyć się tego wszystkiego tyle, że w domu, za darmo i bez tego całego „cudowania”. Ja znam te argumenty na pamięć, znam to podejście i na pewno jeśli ktoś jest wytrwały w tej opinii to moje historie na nic się tutaj zdadzą. Na pewno jednak jest wiele mam, które po prostu wcześniej nie spotkały się z taką formą aktywności dziecięcej i chętnie skorzystają z nowego pomysłu.

To co uważam, za ogromną zasługę instruktorów w kwestii wychowania fizycznego na zajęciach to dbałość o kwestie, na które ja, niby troskliwa i chcąca dla dziecka jak najlepiej matka przymykałam oko. Przyznaje szczerze, że nie poświęcałam zbyt wiele uwagi temu w jaki sposób moje dziecko siada, jak się wspina, jak schodzi z kanapy. To są umiejętności, które każde dziecko niezależnie od miejsca nauki, wcześniej czy później posiądzie. Myślałam jednak, że to po prostu przychodzi instynktownie, samo, że nie ja jestem odpowiedzialna za nauczenie tego wszystkiego mojego dziecka. Szybko przekonałam się, jak bardzo się myliłam. Instruktorzy okazali się tutaj o niebo bardziej kompetentni i cierpliwie po tryliard razy poprawiali moje dziecko choćby przy schodzeniu, że musi się nauczyć, że schodzi tyłem, że najpierw nóżki itd. Takie niby niuanse. Efekty tej pracy widzę cały czas. Nie mamy na koncie nieprzewidzianych domowych wypadków w stylu spadania z kanapy czy innych temu podobnych. Nie mamy guzów i siniaków z nieuwagi. Helenka szaleje, biega, ale zawsze pamięta żeby obserwować wszystko dookoła i uważać.

Nie należy zapominać, że dla nas rodziców takie zajęcia to też atrakcyjna forma spędzania czasu z dzieckiem. Z całym szacunkiem dla naszych rodzicielskich instynktów i wspaniale urządzonych domów, mieszkań i pokoików dziecięcych, nie jesteśmy w stanie zapewnić samodzielnie tylu bodźców, wrażeń, nowych zabaw i tak doskonale przygotowanej, bezpiecznej przestrzeni do dziecięcych eksploracji świata. Poza frajdą i ogromną dumą, która nas przepełnia kiedy obserwujemy i oczywiście uczestniczymy aktywnie w tych zajęciach mamy po prostu okazję do poznania nowych ludzi. Zajęcia dla takich maluszków wymagają obecności opiekuna, rodzica, kogokolwiek dorosłego, kto jest z dzieckiem. Poza tym, że nasze dziecię ma doskonałą okazję do przebywania wśród dzieci, my też automatycznie, naturalnie wchodzimy w nowe środowisko. Rozmawiamy, poznajemy się, przy okazji wymieniając swoje spostrzeżenia na tematy około dziecięce czy wszelkie inne. Myślę, że na takich zajęciach korzystamy absolutnie wszyscy, serdecznie zachęcam Was wszystkich do spróbowania i poszukania tego rodzaju miejsc tam gdzie mieszkacie. Dajcie znać czy było warto!

Share: