shutterstock_279275555

Odkąd jestem mamą, a właściwie odkąd „prawdziwą pracę” zamieniłam chwilowo na „siedzenie w domu” niezmiennie towarzyszy mi refleksja, że świat jakby zaczął w pewnym sensie traktować mnie z przymrużeniem oka. Trochę tak, jakbym w moim niemalże poprzednim życiu zajmowała się rzeczami ważnymi i poważnymi, a teraz porzuciła to wszystko na rzecz absolutnego banału, jakim wielu postronnym wydaje się być wychowanie młodego człowieka. Wychowanie skądinąd na istotę, która będzie docelowo zdatna do zajęcia się kiedyś czymś równie ważnym i poważnym jak  to czym kiedyś zajmowała się jego mama i czym nieustannie zajmują się wszyscy obecnie dziwiący się.

photo-1433650552684-d4004a945d6c

img_6430

Bardzo jest to niesprawiedliwe i smutne. Nikt kto nie zmienił nigdy całego swojego życia z miłości o 180 stopni nie zrozumie jak bardzo krzywdzi innych ludzi takim podejściem. Tłumaczenie po raz tryliardowy, że fakt zajmowania się dzieckiem, o zgrozo w domu nie oznacza, że taki zajmujący się wykasował sobie z głowy plany, marzenia i ambicje aby z rozkoszą oddać się bezmyślnemu odkręcaniu słoiczków, mieszaniu kaszek i poświęcić życie zmianie pampersów jest po prostu bezcelowe.

Bycie mamą codziennie uczy mnie pokory. Uczy cierpliwości i wyrozumiałości. Nie, o dziwo nie o cierpliwość do dziecka mi chodzi. Nie chodzi o rozlane mleko czy wysypaną na dywan zawartość portfela, nawet nie o bieganie w tajemnicy na boso z dokumentami od samochodu po podwórku czy o wstawanie w nocy żeby podać smoczek.

Odkąd mam malutkie dziecko, nie chodzę rano do pracy i nie wracam po południu zaczęłam uczyć się czegoś co nigdy nie przychodziło mi lekko. Właściwie nigdy mi się to po prostu nie udawało. Nigdy nie potrafiłam ustępować w dyskusji. Zawsze za punkt honoru stawiałam sobie obronę swoich racji, walczyłam o nie w każdej najmniejszej i najbardziej błahej rozmowie głowiąc się nad najdoskonalszymi argumentami. Z każdym i o wszystko. Nie odpuszczałam. Udowodnienie swojego zdania i przekonanie kogoś, że mam rację i naprawdę warto chociaż przemyśleć mój punkt widzenia traktowałam śmiertelnie poważnie.

Teraz z dnia na dzień powoli uświadamiam sobie, że to walka z wiatrakami. Dochodzi do mnie to, że jeśli ktoś uważa macierzyństwo czy spędzanie czasu z dzieckiem za słabość, coś czego należy raczej współczuć niż podziwiać to ja tego nie zmienię. Argumenty, nawet najbardziej z pozoru logiczne czy jakiekolwiek tłumaczenie nic tutaj nie zmienią.

Kilka razy próbowałam, naprawdę próbowałam wytłumaczyć, że moje życie właśnie od tego momentu kiedy jestem mamą stało się naprawdę fajne. Może mam milion razy więcej obowiązków, których chociaż nikt nie widzi to one są, może mam chwile słabości, może odpowiedzialność za tego małego człowieka jest ogromna, może i nie jestem zawsze wyspana ale naprawdę jestem szczęśliwa. Szczęśliwa na sposób jakiego naprawdę dotąd nie doświadczyłam. Każda taka „moralizatorska rozmowa” i tak zazwyczaj sprowadza się do tego, że ktoś i tak zapyta Ciebie mamo czy aby na pewno nie nudzi Ci się w domu albo czy nie masz po prostu dosyć swojego dziecka. (Swoją drogą, nawet jeśli chwilowo masz to co? Zawsze zastanawiam się czy ten rozmówca ma jakąś sekretną wiedzę jak rozwiązać Twój problem;)

photo-1463778996521-da8b6f00dacf

Moją ulubioną obawą wyczuwalną od czasu do czasu z najbliższego otoczenia jest ta pt:” po co było kończyć takie trudne studia żeby teraz siedzieć w domu”. W tym jakże krótkim i lakonicznym stwierdzeniu postronnych obserwatorów kryje się dosłownie wszystko co jest aktualnie obecne w rozmowach na temat mojego życia z ludźmi tzw. zajętymi ważnymi sprawami. Esencja wszelkich lęków. Lęku o wcześniejszy bezsens moich życiowych decyzji, obawa o trudne jutro i smutne podsumowanie zaistniałej sytuacji. Strach się bać co by o mnie myśleli gdybym w ogóle tych studiów nie skończyła…

Wraz z założeniem rodziny, urodzeniem dziecka, a właściwie głównie dzięki obecności mojego cudownego męża i jego nieustającej chęci do czynienia mnie kobietą po prostu szczęśliwą uczę się jeszcze jednego co dotychczas było mi absolutnie obce. Nieprzejmowania się i nie oglądania na cudze opinie. Właśnie tak, nigdy wcześniej nie żyłam swoim życiem tak bardzo jak teraz. Głównie starałam się spełniać czyjeś oczekiwania, które notabene sama sobie wymyślałam. Chyba mogę spokojnie powiedzieć, że dopiero teraz dorastam do tego żeby żyć tak jak chcę. Tak jak uważam za stosowne, jak będzie mi lepiej, wygodniej i szczęśliwiej.

5

Taki właśnie mam plan. Może nie jest od ósmej do szesnastej, może nie jest tak ważny i poważny jak ważni i poważni są Ci wszyscy ludzie dookoła. Jest mój. Jestem szczęśliwa i tak będę starała się żyć. Rzeczy uważanych za ważne i poważne już się narobiłam żeby inni byli ze mnie zadowoleni. Żeby pokiwali głową z uznaniem i uścisnęli dłoń, żeby gratulowali i zapytali jak mi się to udaje. A potem zapomnieli.

Życie jest fajne dlatego, że się zmienia. Zmienia się nieustannie i w zależności od tego gdzie właśnie jesteśmy potrzebujemy czegoś zupełnie innego. Dlatego pozwolę teraz w spokoju innym ludziom być zajętymi, a ja zajmę się tym co daje mi szczęście.

 

Share: