kawa

Nie ma chyba nic przyjemniejszego rano od niespiesznie wypitej w trakcie robienia makijażu kawy. Obowiązkowo przy akompaniamencie ulubionej muzyki. Przynajmniej dla mnie to recepta na niezwykle przyjemny i spokojny poranek.

Poranki w naszym domu w ogóle są świetne. Fakt, mogłyby się zaczynać trochę później, ale to już naprawdę nieistotny szczegół. Poza nim są idealne. Każdy szczęśliwy rodzic wie doskonale o co chodzi ze zbyt wcześnie rozpoczętym dniem. Każdego dnia. Taki urok nadają naszemu życiu jedynie małe dzieci. Kiedy zostajesz rodzicem nagle okazuje się, że Twój wyczekany i ukochany potomek za nic w świecie nie jest w stanie w pierwszych latach swojego życia posiąść umiejętności rozróżniania dni pracujących od weekendów. To jest po prostu coś co dostajemy w pakiecie z dziecięciem gratis. Taka promocja, że nie trzeba nawet się nigdzie logować, rejestrować ani zamawiać! Wiadomo, każdy z nas wolałby w gratisie choćby próbkę pampersów czy taki maleńki starter kit do pielęgnacji. Albo chociaż żebyśmy tak mogli mieć wybór, żeby była możliwość subskrybowania porannych pobudek tylko w wyznaczone przez nas dni tygodnia.

Pakiety gratisowe dodawane do dzieci są różne. Rożnie można trafić w zależności od posiadanej partii czy egzemplarza. Zdecydowana większość maleńkich ma odgórnie przypisaną opcję zdecydowanie zbyt wczesnego wstawania, inne mają fabrycznie zakodowane niezliczone nocne pobudki, kolki czy kaszelki w standardzie. Tak jak wspominałam, tylko od naszego szczęścia i przypadku zależy na jaki model dziecięcia trafimy.

img_6348

Mamy to szczęście, że mój mąż nie wychodzi wcześnie do pracy. Nie spieszymy się więc rano, nie jesteśmy zabiegani ani zdenerwowani. Te poranki to taki nasz rodzinny quality time o zapachu świeżych bagietek i innych bułeczek. Obowiązkowym punktem są oczywiście śniadania. Jako młode dziewczę, jeszcze niezamężne nie praktykowałam śniadań w moim rodzinnym domu. Piłam kawę i zaczynałam dzień. O nie, teraz mój mąż za żadne skarby nie zgodziłby się na taki początek dnia! Wszystko musi być jak trzeba! Jest kursik do pobliskiej piekarni po świeże pieczywo, są talerzyki, kubeczki, warzywka i wędlinki. Musi być sok i czas przy stole w kuchni. Kawa jest również, ale obowiązkowo po śniadaniu. Odstępstw brak. Robimy tak codziennie rano i muszę szczerze przyznać, że moje panieńskie poranki przegrywają z aktualnymi z kretesem. Z panieńskich poranków bezpowrotnie rezygnuję!

Korzyści z takiego stanu rzeczy można wyliczać bez końca. Pierwsza sprawa to oczywiście super fajna rodzinna atmosfera, która unosi się wtedy w naszym domu. Są rozmowy, żarty, śmiechy, jest czas na wspólne zabawy na dywanie z naszą córeczką i jest naprawdę cudnie! Mamy czas żeby porozmawiać i nacieszyć się swoją obecnością. Nasze dziecię siada z nami przy stole od samego początku, tak pokochała to nasze śniadaniowanie, że nie ma możliwości, żeby nie usiadła z nami. Kiedy była naprawdę maleńka zaopatrzyliśmy się w bujaczko-leżaczek na baterie. Kołysała się dziecinka i uczestniczyła w każdym wspólnym posiłku. Potem oczywiście przyszła pora na własne krzesełko do jedzenia, a wraz z nim rozpoczęła się radosna era wspólnego próbowania wszelkich wspaniałości wprost z talerzy rodziców. Z jednej strony muszę uczciwie przyznać, że nauka samodzielnego jedzenia łączy się dla mnie z niechybnym sprzątaniem dosłownie całej kuchni, łącznie z odkurzaniem i myciem podłóg. Kto by się jednak potrafił oprzeć temu szczęściu malującemu się w oczach dziecka, kiedy rozgniata sobie pomidora malinowego na czyściutkiej, wypranej, wyprasowanej i złożonej w kosteczkę bluzeczce? Fakt, że jak już posprzątam podłogę, okoliczne szafki i resztę kuchni to najczęściej szybciutko zabieram się za mycie włosów dziecięcia. Ot, matczyne doświadczenie podpowiada mi już, że kaszka zmywa się z głowy o niebo lepiej jeśli zrobimy to jeszcze zanim zaschnie na tych słodziutkich kosmyczkach dziecięcej czuprynki. W ogóle muszę Wam zdradzić sekret, że w ogóle wszystko schodzi dużo łatwiej zanim zaschnie. Wiem to odkąd zostałam mamą. Lecimy do łazienki, myjemy szybciutko w umywalce głowę i wracamy na pole śniadaniowej bitwy. Jak już wszyscy się najedzą, a ja chowając naczynia do zmywarki po raz tryliardowy stoczę z moim rozkosznym niewiele-ponad-roczniakiem dyskusję, że to co jest w środku to jeszcze brudne i nie wyjmujemy, tylko wkładamy to można uznać, że mam już z porannej górki. Wspólne jedzenie jest super, ale nie ukrywajmy, że to naprawdę brudna robota ta nauka samodzielności. Jak zwykle mając jednak na uwadze przyszłe korzyści, staram się po prostu nie zaprzątać sobie głowy tym śniadaniowym sprzątaniem, które można porównać w kwestii włożonej w nie energii do przedświątecznych porządków.

amory1

Potem zaczyna się prawdziwa plaża. Mój kochany mąż przygotowuje mi kawę, a ja tymczasem przechodzę do ulubionego momentu rozłożenia wszelkich swoich mazideł i pachnideł na stole w salonie i zabieram się do malowania. Po serii zachwytów nad tym jakie te moje makijażowe zdobycze śliczne i estetyczne przystępuje do dzieła. Naprawdę lubię to poranne, powolne malowanie przy kawce. Najśmieszniejsze jest to, że ja maluje się tak długo i intensywnie, że nawet Pani na kasie w lidlu potrafi się zdziwić sprawdzając dowód (jak zdarzy mi się kupić piwo dla męża), że mam już ponad 18 lat, kwitując ujmującym komplementem, że to pewnie ten brak makijażu tak mnie odmładza! Nie trudno pewnie wyobrazić sobie wtedy moją minę. Pani przy kasie chyba już wtedy nie potrzebuje porannej kawy dla otrzeźwienia ciała i umysłu po tym jak zmrożę ją moim przywołującym do porządku spojrzeniem. Szkoda, że Pani na kasie nie widziała ile czasu ja się rano malowałam! Oczami wyobraźni widzę swoje profesjonalnie wyszpachlowane lico stojąc w kolejce, spacerując między regałami uginającymi się pod pasztetami i płatkami śniadaniowymi, a tu nagle klops i ktoś znowu zdziwił się, że ja w ogóle się maluje. Taki lajf. Tak czy inaczej ja bardzo, bardzo lubię to poranne malowanie.

Całkiem prawdopodobne jest to, że lubię po prostu kawę, a ona tej czynności towarzyszy. W ogóle kawa, którą ktoś dla nas przygotuje smakuje nieporównywalnie lepiej. Zawsze. Może w tym właśnie tkwi sukces kawiarni? Ja uwielbiam kawę, uwielbiam ją również kiedy sama ją sobie zrobię. Kawa przygotowana przez mojego męża to jednak zupełnie inna magia. Moje kawy są dopracowane, spienione, posypane, podane z odpowiednią łyżeczką, we właściwej szklance, kubku czy filiżance w zależności od nastroju i pory dnia. Kawa mojego męża to coś absolutnie niepowtarzalnego, przede wszystkim urocze jest to, że mój mąż codziennie od ponad 2 lat pyta mnie czy mam na tą kawę ochotę chociaż codziennie ją dokładnie tej samej porze wspólnie pijemy.  Należy tu wspomnieć, że mąż mój ukochany pije zawsze espresso, zawsze z taką ilością cukru jaką tylko da radę rozpuścić w tej maleńkiej filiżance. Innej kawy nie uznaje, ja nawet widzę i czuje ten ból w jego oczach kiedy do mojej kawy musi użyć mleka, nie dodać do niej cukru. On chyba nawet nie myśli, że to co mi przyrządza to jeszcze w ogóle jest kawa. Czymś co uwielbiam jest jeszcze ta nadzieja w oczach mojego męża kiedy pyta czy to mleko do kawy, to nie dałoby rady go po prostu podgrzać w mikrofali? Uwielbiam również radość kiedy odpowiadam twierdząco. Kawa mojego męża różni się też od mojej tym, że nie ma podstawka. Talerzyk pod filiżanką jest w ocenie mojego męża absolutnie zbędny z uwagi na to, że nie słodzę kawy więc, ergo nie muszę mieć czegoś na co ją odłożę. Ot, zbędny gadżet, który trzeba później pozmywać. Praktyczne do granic możliwości męskie podejście do sprawy. Oczywiście nie muszę chyba wspominać, że ta kawa z mlekiem z mikrofalówki, bez podstawka to najlepsza kawa na świecie, którą potrafi zrobić tylko mój mąż. Nie ma na świecie lepszej kawy, lepszego męża ani lepszego poranka!

Share: