Ariel view of using a desktop computer and mobile phone

Nie było mnie milion lat. Przeprosiłam, obiecałam poprawę i zniknęłam. Ostatni raz kiedy wpadłam tu po to żeby zaraz z hukiem wypaść, wydawało mi się, że dzieje się tyle, że więcej dziać się już nie może. 

Otóż mogło, a co do moich przekonań w tej kwestii, doskwiera mi chyba zwyczajna, ludzka naiwność. Nieustannie, mimo niezliczonych dowodów na to, że jestem w błędzie, ulegam pokusie pozwalania sobie na myśl, że więcej już nie udźwignę albo więcej i bardziej intensywnie być już nie może. Jednak może.


Przez cały ten czas kiedy tutaj nie zaglądałam wydarzyło się tyle, że mogłabym napisać kilkutomową powieść należącą do bliżej nieokreślonego gatunku. Nie wiem tylko czy ktoś chciałby ją przeczytać i czy ja sama chciałabym do części z tych wydarzeń wracać. Działo się dużo, mocno i nie zawsze wesoło. Chwile totalnej beznadziei jak zawsze były zgrabnie przeplatane z momentami euforycznego szczęścia i trzystu-procentowej około-domowej sielanki. Nie będę udawać, że jestem wyjątkowa bo to jest chyba po prostu życie i tak już chyba po prostu jest.

Żeby wszystko było jasne. Nie zaliczam się do grupy życiowych malkontentów co to im zawsze wiatr w oczy, łeb do nogi, a każda mniejsza lub większa tragedia wydarza się poza nimi, a już na pewno nie za ich przyczyną. Nie płaczę, że jestem gruba i nie zajadam tych łez toną czekolady czy lukrowanymi pączkami. Nie poświęcam wolnego czasu na analizowanie jak to inni mieli lepiej, łatwiej i mniej pod górkę i dlatego oni mają, a ja nie lub odwrotnie. Nie bywam załamana bo pracuje więcej, a zarabiam mniej niż ktoś kto miałby pracować mniej lub lżej,  świat jest niesprawiedliwy, a ludzie źli. Generalnie chyba zaliczam się do tych, którzy nie mają pretensji do rzeczywistości bo zwyczajnie zawalili i biorą odpowiedzialność za swoje jestestwo, a jeśli chcą coś zmienić to po prostu to zmieniają.

Milion lat blogerskiej nieobecności zawdzięczam niestety tzw. wypadkom losowym, czy jak kto woli wyzwaniom, za które odpowiedzialna jest niestety dowolnie uznawana przez nas siła wyższa sprawująca wszelką kontrolę nad sprawami, z którymi my śmiertelnicy sami sobie nie poradzimy. Mówiąc wprost, musiałam najpierw oczyścić się z tego co było, pogodzić z tym co jest i pewnie będzie po to żeby nauczyć się przyjmować pewne kwestie takimi jakie są skoro nie mogę ich zmienić. Pewnie ciągle jeszcze mi się to nie udało, ale powiedzmy, że jest na tyle dobrze żeby nie siać moją radosną twórczością spustoszenia w internecie i wkrótce podzielić się tym, co w ostatnim czasie było absolutnie fantastyczne i budujące.

Jaki morał z tego wszystkiego?

  1. Człowiek chociaż wiecznie o tym zapomina, jest w stanie unieść duuuuuuuuuużo więcej niż mu się wydaje, czyli dokładnie tyle ile go spotyka. (*chociaż uważam, że żeby tak było jest potrzebne naprawdę solidne wsparcie)
  2. Solidne wsparcie i ktoś kogo lubisz, a nawet kochasz mocniej niż samego siebie to absolutny must-have tego i wszelkich nadchodzących sezonów. To nigdy nie wychodzi z mody. Zawsze pomaga.
  3. Tych osób może być nawet więcej niż jedna. To nie zaszkodzi, może tylko pomóc.
  4. Nie będę już nikogo przepraszać za zapuszczenie bloga, ani obiecywać, że się poprawię. Mam również nadzieję znowu nie zniknąć, aczkolwiek bacząc na punkt poprzedni takie gadanie po prostu nie ma sensu.

Podsumowując. Family comes First!

Dziękuję za uwagę i będę jak wrócę.

Share: