newspaper_bg1.jpg

Podobno świat powinno się dzielić co najmniej na pół. Oczywiście każdy z nas jest zupełnie inny i czym innym jest dla nas szczęście. Są tacy, którzy doskonale radzą sobie w pojedynkę, są silnymi indywidualnościami i do pełni szczęścia wcale nie potrzebują drugiego człowieka. Dla mnie szczęściem największym jest bez wątpienia moja rodzina.

Wyszłam za mąż jeszcze przed ukończeniem studiów. Nie, nie dlatego, że „musiałam”;) Bardzo chciałam, byłam kosmicznie zakochana i nie widziałam świata poza moim narzeczonym. W sumie świata już poza nim nie widziałam zanim jeszcze stał się nawet moim narzeczonym. Znaliśmy się już dobrych kilka lat zanim mój mąż mi się oświadczył i wraz z upływającym czasem byliśmy coraz bardziej szczęśliwi. Mówi się, że na początku związku jest zazwyczaj najlepiej, że motyle w brzuchu i klapki na oczach. Że wtedy nie ma wad ani denerwujących zachowań, że wszystko się wybaczy, a kłótnie nie istnieją. Że wtedy wszystko u tej drugiej strony jest takie piękne i wyjątkowe.

zmwelon

Wydawać by się mogło, że taka chwila nie może trwać wiecznie, że z czasem to wszystko blaknie, kolory nie są już tak żywe i nie takie niezwykłe. Powiem tak, wtedy wydawało mi się, że nie mogę być szczęśliwsza. Szczerze? Pomyliłam się, a nawet więcej! Mylę się tak ciągle z dnia na dzień i mam nadzieję, że tak już będzie zawsze.

Z czasem okazywało się, że te kolejne etapu naszej znajomości, związku są jeszcze lepsze niż te poprzednie. Miały być pierwsze kryzysy, kłótnie, miały być wzajemne pretensje i żale. Miał być konflikt interesów czy sprzeczne widzenie przyszłości. Wady, które wychodzą „ z czasem” miały dać o sobie bezlitośnie znać, a porozrzucane skarpetki czy niezakręcona pasta do zębów zapowiadać niekończące się awantury czy ciche dni. Miało być generalnie gorzej, miała się skończyć ta idealna wizja drugiej osoby, zamiast niej ukazać się miał ktoś kto rozczarował i zawiódł. Było jednak zupełnie inaczej.

Wspólne zamieszkanie traktuję równoznacznie z założeniem rodziny, nawet gdyby miała składać się jedynie z dwóch osób i nie być w jakikolwiek sposób sformalizowana. Rozumiem ludzi, którzy nie potrzebują oficjalnych deklaracji i nie traktują ich jako gwarancji czy polisy na szczęście. Ja marzyłam o mężu, o ślubie jak z bajki, zaręczynach i pozostałej części tej powszechnie znanej konwencji. Taki mam charakter i tak planowałam swoje życie. Tak czy inaczej decyzję o wspólnym mieszkaniu uważam za niesamowicie ważną i oznaczającą wspólne życie. Jeśli razem mieszkamy to jesteśmy rodziną, ja tak to widzę. Wokół wspólnego zamieszkania krąży niezliczona liczba legend i anegdot. Jakie to wtedy straszności i niefajności wychodzą na jaw, jakie to rodzą się problemy i ile z tego wynika problemów. Bzdura. Jeśli ludzie się kochają, jest im ze sobą po prostu dobrze i są szczęśliwi to naprawdę nie sądzę, żeby drobne rozbieżności miały im stanąć na drodze do szczęścia.

Czyli po co nam właściwie rodzina? Myślę, że dla każdego z nas rodzina znaczy zupełnie co innego. Dla jednych jest szczęściem i spełnieniem marzeń, dla innych ciężarem czy powodem do zmartwień. To czym jest dla nas rodzina na pewno w dużej mierze zależy od tego w jakich domach my sami się wychowaliśmy. Czy patrzymy na naszych rodziców z podziwem i zwyczajnie chcemy iść w ich ślady, czy może wręcz przeciwnie. Jeśli dorastaliśmy w domu pełnym miłości i wzajemnego szacunku na pewno będzie nam łatwiej patrzeć na tą kwestię. Na pewno łatwiej wtedy zaufać tej drugiej osobie. Oczywiście bywa różnie. Jedni nauczą się rodzinnego szczęścia bo wyniosą je z domu, inni stworzą szczęśliwe związki i radosne, bezpieczne domy, w których dorosną ich wymarzone dzieci bo nie chcą powtarzać nienajlepszej historii ich dzieciństwa. Być może ktoś wcale nie marzy o rodzinie, a w pewnej chwili spotka na swojej drodze kogoś kto sprawi, że od tej pory zacznie zupełnie inaczej planować swoje życie…

Share: