ciaza1

Trochę się tutaj wszystko zakurzyło. Może nawet trochę więcej niż trochę. Bardzo Was za to przepraszam i chciałabym obiecać, że to się już nie powtórzy. Muszę jednak przyznać, że miałam konkretny powód dla, którego ostatnio mocno zaniedbałam to miejsce. Dużo się działo, sporo się pozmieniało i jeszcze więcej zmieni się w najbliższej przyszłości! 

Na wstępie pragnę się z Wami podzielić wspaniałą wiadomością, a mianowicie nasza rodzina niebawem się powiększy! Jestem w ciąży! Właśnie zaczął się trzeci miesiąc. Po raz drugi zostanę mamą, mój mąż ponownie stanie się młodym tatą, a Helenka obejmie zupełnie nowe i nieznane dotąd stanowisko dumnej starszej siostry:) Teraz już sami rozumiecie skąd ta ogromna luka w moim blogowym zaangażowaniu.

Nie jestem ciążowym wzorem do naśladowania. O ile zaliczam się do kobiet, które zaraz po porodzie ogarnia po prostu kosmiczna wprost siła do życia i energia do działania, o tyle będąc w ciąży niemalże od razu przechodzę w tryb uśpienia dosłownie i w przenośni. Oboje nie wyobrażaliśmy sobie, żeby nasza rodzina miała docelowo pozostać trzyosobową komórką społeczną. Zawsze marzyłam i jak się okazuje marzył mój mąż o domu pełnym stukotu tuptających małych stópek i dziecięcych uśmiechniętych buziek ganiających się wokół dużego stołu. Bardzo chcieliśmy, żeby różnica pomiędzy dziećmi była niewielka i wszystko wskazuje na to, że uda nam się spełnić to marzenie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem różnica wieku między naszymi najmniejszymi będzie wynosić równe dwa lata. Brzmi cudnie!

Marzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie. Mimo wielkiej schowanej gdzieś na razie głęboko radości muszę jednak uczciwie przyznać, że z utęsknieniem wyczekuje momentu, kiedy wszystkie nasze dzieci szczęśliwie się zmaterializują i będą już samodzielnymi osobnikami, z którymi będziemy radośnie iść przez życie. Chcę już po prostu tulić i lulić nasze dzieci w realu. Jestem kiepska w wyobrażaniu sobie naszego małego kijanka kiedy nie czuję jeszcze jego ruchów ani nie jestem w stanie połaskotać go w maleńką piętkę choćby przez brzuszek. Na chwilę obecną przypominam raczej warzywo. Mój organizm tak bardzo wczuwa się w proces wspomagający dobrostan naszego najmniejszego, że całkowicie zdaje się mnie ignorować. Nie jestem jedną z tych kobiet, które tak kochają ten ciążowy stan i wspominają go z łezką w oku. Mimo, że ciąża, a dokładniej drugie dziecko znajdowało się na absolutnym szczycie moich osobistych marzeń to jednak nie jestem urzeczona moim aktualnym samopoczuciem. Ciąża z Helenką również nie należała do najłatwiejszych, również dała mi mocno w kość i nie była sielankowym okresem mojego życia. Hormony jednak zrobiły swoje, ja usilnie liczyłam i wierzyłam w to, że każda ciąża jest inna i tym razem na pewno będę brzemiennym ideałem, wzorcem do naśladowania. Zresztą, jak mogłoby być inaczej skoro teraz jestem już tak doświadczoną mamą!

Dziennik pokładowy na chwilę obecną przedstawia się jednak następująco:

Mimo, że gdzieś na poziomie meta i w głębi duszy jestem prze-szczęśliwa, że nasza rodzina się powiększyła to jednak w osiągnięciu pełni szczęścia i osobistej nirwany przeszkadzają mi znacznie dwudziesto- cztero godzinne mdłości, wymioty,senność, wszechogarniające zmęczenie i ogólna burza hormonów, która zdaje się czynić aktualnie coś w rodzaju kiślu z mojego mózgu. Poza tym moim problemem nr 2 jest aktualny jadłowstręt, wynikający z niedożywienia totalny brak siły do czegokolwiek, a co za tym idzie nierozerwalnie połączone z nim zaburzone odczuwanie zapachów czyli w skrócie podsumowując wszystko mi najzwyczajniej w świecie śmierdzi. Mamy bałagan w domu, nie jestem w stanie niczego ugotować, nie mam siły bawić się z naszym zmaterializowanym już dziecięciem ani wyjść z domu. Niedawno przebyłam poważną infekcję górnych dróg oddechowych i zaliczyłam nie należący do przyjemnych pobyt w szpitalu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, prawie zapomniałam o chorobie, która zresztą ogarnęła całą naszą rodzinę, nasz najmniejszy narybek ma się doskonale i rośnie jak na drożdżach. Nie dał się wstrętnemu wirusowi i zapowiada się na prawdziwego fightera skoro tak doskonale dał sobie ze wszystkim radę:)

Ja bardzo powoli zaczynam wierzyć, że w końcu odzyskam siły i nasze życie znowu zacznie przypominać…nasze życie tylko jeszcze wspanialsze i bogatsze o nowego członka rodziny, a mdłości ustąpią. Jak to mawiała rozpływając się w każdej możliwej sytuacji koleżanka z porodówki mojej siostry, “Jakoś sobie ze wszystkim poradzimy! Najważniejsze, żeby tylko Rysio był zdrowy!”

Całuje i pozdrawiam wszystkie kobiety w ciąży. Łączę się z Wami i solidaryzuje tak mocno jak nigdy wcześniej. Życzę Wam żebyście ze zdziwieniem czytały o moich nieciekawych dolegliwościach i nigdy ich nie doświadczyły. Życzę Wam lśniących włosów, mocnych paznokci i zdrowych dzieci. Tym, które jeszcze ciąże mają przed sobą pragnę przekazać, że choć ciąża nie jest moim ulubionym stanem to już bycie mamą po urodzeniu dziecka jak najbardziej! Nawet jeśli nie zaprzyjaźnimy się z ciążą pamiętajmy, że to jednak warunek sine qua non naszego przyszłego szczęścia!

PS. Pamiętajcie, że wbrew wszystkiemu co tutaj przeczytaliście i co jeszcze w przyszłości, zapewne napisanego pod silnym wpływem moich wzmacnianych farmakologicznie hormonów przeczytacie, macierzyństwo jest super, a blog mimo tego co może się tutaj pojawić jak najbardziej promuje i hołduje wartościom pro- rodzinnym;)!

Share: