starbu-ff

Średnie karmelowe macchiato poproszę. Na wynos. Tzn. Na wszelki wypadek na wynos, pac, pac głaszczę dziecię po głowie, poprawiam stroller pad w różowe jednorożce. Wie Pan, wolę mieć na wynos bo dziecię może nagle zadecydować, że wychodzimy i koniec, a ja raz, że chciałabym wypić kawę do końca, a dwa, że nie chciałabym wybiegać z ukradzionym kubkiem. Nic przyjemnego tak kraść. I jakbym mogła prosić o ciut spienionego mleka do małego kubeczka. To będzie kawa mojej córki. Tak, też na wynos bo ten papierowy się nie stłucze. Zresztą wie Pan, córka ma dopiero coś ponad 15 miesięcy, póki co jeszcze się nie rozdzielamy w kawiarniach czy innych bawialniach. Ufam, ale kontroluje. Nie wychodzi jeszcze sama z domu do koleżanek. Jak pijemy kawę, bez znaczenia czy udawaną, to póki co też jednak zawsze razem. Przynajmniej na razie. Na pewno nie będzie tak, że ja wyjdę, a córka zostanie.

Upewniłam się tylko czy to aby na pewno faktycznie ponad 20 złotych. Nie pamiętałam dokładnie ile kosztuje to karmelowe macchiato, ale intuicja podpowiadała mi, że raczej nie całe dwie dychy. W innym wypadku ogłosiłabym osobistą upadłość już w liceum kiedy takich kawek w papierowych kubkach pochłaniałam całe mnóstwo. Ok. Sytuacja wyjaśniona. Okazało się, że to ta łyżka spienionego mleka tak nas zrujnowała na dodatkowe 4,95. No i faktycznie razem nazbierało się niewiele ponad dwadzieścia. Wszystko się zgadzało.

Pan bardzo przepraszał za ten dodatkowy nieoczekiwany wydatek, którego zapewne nie uwzględniłam uprzednio w budżecie domowym. Kajał się Pan tak niesamowicie, że oni muszą policzyć, bo to sieciówka, bo wie Pani mamy regulamin, że aż zaczęłam analizować z jaką miną pytałam czy to aby na pewno dwadzieścia za tę kawę. Moje zaniepokojenie było naprawdę tylko takim zwykłym zaniepokojeniem, a nie, że od razu co mi Pan tu mówi i proszę natychmiast wezwać kierownika, albo w ogóle najlepiej założyciela Starbucksa celem złożenia wyjaśnień. A później pyk doniesienie do prokuratury. Nie, nie. Ot takie zwykłe pytanie bo matka została wzięta z zaskoczenia wartością zamówionej kawy. Szczerze to po prostu przeszło mi przez myśl, że może burczałam niewyraźnie pod nosem, że średnia, a Pan usłyszał, że duża i stąd nieporozumienie. Z doświadczenia, głównie bardzo intensywnie zdobywanego w liceum podczas kawiarnianych wagarów, wiem, że duża to dla mnie za dużo i nie warto zainwestować dodatkowej dwójki czy nawet trójki w taki interes. Wiem, że na tym nie zarobię więc zawsze zamawiam średnią.

Pan zachował się jak prawdziwy dżentelmen i dorysował nawet kwiatki mazakiem obok imienia mojego dziecięcia. Potraktował moje dziecko poważnie, a ja lubię jak ludzie tak robią. Nienawidzę kelnerów, którzy widząc matkę, ojca i dwoje małych dzieci pytają czy poszukać stolika dla dwóch osób. Szczyt nietaktu. Może niektórym to wcale nie wydaje się takie rozczulające, ale mnie prawie się łza w oku zakręciła ze wzruszenia. Że to moje dziecię już takie duże, że sobie razem pijemy kawkę, pal licho, że udawaną! Razem! Każda z nas ma swój podpisany papierowy kubek. Bawimy się w kawiarnię w kawiarni. Ja w ogóle lubię zabierać na tzw. “miasto” moje dziecię. Pierwsza kawka pękła chyba przed ukończeniem przez moją córkę pierwszego miesiąca życia. Może Was to jakoś szczególnie nie wzrusza, ale gdybyście w ten sposób, poświęcili trzy  lata liceum  na spędzanie 90% czasu wolnego, i tego, który teoretycznie miał być przeznaczony na edukację to byście wiedzieli o co mi chodzi. Tu oczywiście pragnę serdecznie pozdrowić całe liceum, które podobnie spędzało ten czas. Wam, też drogie koleżanki na pewno nie raz zakręci się łza w oku kiedy pójdziecie na kawę z własnoosobowo urodzonym dziecięciem i wtedy przybijemy piąteczki! Wiecie, ja po prostu symbolicznie poczułam, że te moje wagary nie poszły na marne! Przypomniałam sobie siebie wśród koleżanek, na tych kawkach, na tych śniadankach kawiarnianych. Takie młodziutkie, rozgadane, z wypiekami na twarzy relacjonujące kolejne szkolne miłości i najświeższe ploteczki. Taki to był piękny młodzieńczy czas. A teraz siedziałam znowu w podobnym miejscu, znowu przy kawce i czułam, że historia zatoczyła koło. Że oto siedzę z moją nową najlepszą przyjaciółką, którą w przeciwieństwie do dotychczasowych, sama sobie urodziłam! To jest dopiero sztuka!

Wiecie jak to fajnie urodzić kogoś kogo się po prostu tak bardzo ekstremalnie lubi! Ja nie mówię, że kocha bo to wiadomo, że jak się urodzi to się kocha. Lubienie to coś zupełnie innego. Lubi się z wyboru, a dziecięcia się przecież nie wybierało. Dlatego właśnie tak fajnie jest jak się je po prostu lubi. Wyobraźcie sobie swoją naj, naj, naj, naj, najlepszą przyjaciółkę ever, a potem pomnóżcie Wasze pozytywne uczucia do niej razy milion. No, i ja tak właśnie mam z moją córką. Właśnie w ten sposób ją lubię. Lubię też nasze wspólne wypady na kawki. Strasznie fajnie, że za 4,95 mogę jej zamówić taką naprawdę własną. Siedzimy sobie na fotelach, rozmawiamy o życiu, moje dziecko chłonie świat z otwartymi szeroko oczkami ze zdziwienia, suszy ząbki z radości, a ja matka, kiedyś wagarowiczka tak siedzę i puchnę z dumy kiedy widzę tego małego, wielkiego człowieka jak pije to spienione mleko za 4,95. Z pełną odpowiedzialnością za nasz domowy budżet stwierdzam, że nie żałuję ani złotówki z tych prawie pięciu złotych. To były najlepiej wydane pieniądze w moim życiu. Za te pięć złotych wróciłam do tych pięknych wspomnień, które tak cudnie sobie przypomnieć, ale wcale nie chciałabym znowu być tą młodą, piękną nastolatką. Naprawdę fajnie jest być młodą, piękną ale już mamą i chodzić na kawę ze swoją córeczką. Za prawie pięć złotych dowiedziałam się, że wagary nie poszły na marne. To dzięki tym wagarom, ta kawa wzbudza teraz we mnie tak ciepłe, pozytywne emocje bo kawiarnie na zawsze będą już kojarzyć mi się z tym potajemnie kradzionym z planu lekcji czasem. Było fajnie, i jest jeszcze lepiej. Całuje!

starb-ff

stb-ff

Share: