spacer

Dzisiejszy dzień zaskoczył nasze miasto wprost nieprawdopodobnie piękną, jak na listopad pogodą. Pogoda jak marzenie, ciepło, słonecznie i bajecznie! Mamy z Heleną gości, ja mam gościa w postaci mojej koleżanki z przedszkola (prawie sąsiadki), a dziecię moje ma również swojego osobistego gościa w postaci o rok starszej córki koleżanki z przedszkola. Oczywiście gwoli ścisłości należy tutaj jasno podkreślić, że od chwili ukończenia przez nas edukacji w tej zacnej placówce minęło już naprawdę sporo czasu. Koleżanka z przedszkola dawno już zmieniła się wprost nie do poznania, i ja mam nadzieję również. Tak czy inaczej miło widzieć, że ten czas, który sobie wzajemnie z koleżanką poświęciłyśmy w przedszkolu nie poszedł na marne. Można by nawet powiedzieć, że przyjaźń odrodziła się w kolejnym pokoleniu. Nasze córki nadzwyczaj radośnie na siebie reagują, pielęgnując intensywnie i ochoczo wzajemne relacje.

Koleżanka z przedszkola i ja byłyśmy w przedszkolu nierozłączne. Nierozłączne oczywiście w chwilach kiedy akurat łączyli nam grupy, bo jestem od koleżanki rok starsza, a co za tym idzie grupa nie była wspólna. Czyli friends for life na kilka godzin tygodniowo. Wtedy, co logiczne z uwagi na różnicę wieku, zawsze, ale to absolutnie zawsze bawiłyśmy się wtedy w to samo. Ja byłam mamusią koleżanki z przedszkola, a koleżanka była moją córeczką. Nigdy w życiu nie bawiłyśmy się w nic innego. To ma się rozumieć jest bardzo ściśle związane z moją życiową misją bycia mamą, którą realizowałam na własną rękę jak tylko potrafiłam. Koleżanka z przedszkola była wspaniałą córką. Teraz już dałyśmy chwilowo spokój z tą zabawą bo ile można.

Dzisiaj doszłyśmy do wniosku, że właściwie powinnam się tytułować Babcią córki koleżanki z przedszkola. W sumie jaka ze mnie ciocia w takiej sytuacji. Mniejsza z tym, najważniejsze, że nasze dzieci również przypadły sobie do gustu. Nasze dziewczyny mają odwrotną różnicę wieku od nas. Tym razem to moje dziecię jest rok młodsze więc po cichu liczę, że kiedyś naszym dziewczynom też połączą grupy i też będą się bawić w to co my. Póki co do tego typu radosnych placówek żadna z naszych dziecinek nie uczęszcza i spotykamy się po prostu w domu. Tak było również dzisiaj. Spotkanie typu spontanicznego, dzieci nasze zostały również poinformowane “na gorąco” o tej wesołej nowinie. Moje dziecię tak się uradowało, że na cześć starszej koleżanki postanowiło nauczyć się jej imienia, które rymuje się z jej imieniem, chociaż nawet swojego jeszcze nawet nie mówi! Radość córeczki koleżanki z przedszkola nie była wcale mniejsza! Dwulatka cały dyskont budowlany, w którym miała przyjemność dowiedzieć się o przyszłej wizycie, poinformowała, że zaraz “jedzie do Hejenki!”.

Spotkanie na szczycie w toku. Nasze dziewczynki cudnie bawią się razem na dywanie, my raz po raz zachwycając się nad tym jak to się pięknie bawią popijamy kawę i przegryzamy ciastem. Naprawdę bajka! Dziewczyny są już w takim wieku, że naprawdę potrafią sobie zorganizować same czas i zabawę. Oczywiście, ma się rozumieć tylko na jakiś czas. To jednak i tak niesamowicie wygodne i ułatwiające życie. Kiedy były mniejsze kursowałyśmy jak satelity, każda wokół swojego cudu narodzin. Kawa stygła. Dzisiaj wypiłyśmy ciepłą kawę. Wiem, że tego zazdrości mi teraz połowa mam, które właśnie czytają ten post. Fakt, dziewczynki wrzuciły nam do środka słone paluszki, które pewnie udało nam się wyjąć prawie wszystkie. Reszta się pewnie rozpuściła. To nie ważne. Ważne, że nam się dzieci udały. Ważne, że mądre, że zaradne, że społecznie przystosowane i potrafią się tak ładnie bawić. Kto by się przejmował rozciapcianym paluszkiem, kiedy kawa ciepła, a i do dziecięcia nie trzeba biegać co kilka sekund. Było idealnie, tak miło, tak przyjemnie, tak spokojnie.

Tym razem spokój zmąciłam ja. Dzieci zachowywały się na medal. Ja natomiast jak prawdziwa przewrażliwiona matka musiałam zamieszać i popsuć. Nagle tknął mnie instynkt macierzyński w zakresie potrzeby dbania o zdrowie i ogólny dobrostan dziecięcia mojego i koleżanki z przedszkola. Jak już wspomniałam była piękna pogoda. To ona nie dawała mi spokoju. To słońce, które tak nam umilało to perfekcyjne popołudnie kazało mi wszystko zepsuć. Zepsucie przez przedobrzenie, wiecie o co chodzi. Nagle zerwałam wszystkie obecne kobiety mniejsze i większe i zarządziłam spacer. W trybie oczywiście natychmiastowym bo szóstym zmysłem wyczuwałam zbliżający się nieuchronnie zmrok. Przerwałyśmy brutalnie dzieciom świetną zabawę celem ich napowietrzenia. Wiadomo, każda dobra matka wychodzi z dzieckiem na spacer, a przecież wiadomo, że ja i koleżanka z przedszkola jesteśmy matkami nie jakimiś tam dobrymi, a najlepszymi. Trzeba więc było dziecięcia szybko za głowę, na siłę zabrać na spacer.

Ja to oczami wyobraźni widziałam tak, że ubierzemy nasze aniołeczki, potem one trzymając się za malutkie rączki pomaszerują chodniczkiem, nóżka za nóżką do pobliskiego parku. Ja i koleżanka z przedszkola zajmiemy zaszczytne miejsce na ławeczce i będziemy dalej kontynuować przerwane dyskusje. Dzieci nasze z uśmiechami na buziach od jednego troka w czapce do drugiego, znowu zajmą się sobą nawzajem i nie brudząc starannie wybranych przez nas uroczych kurteczek, radośnie, acz, rozważnie pobawią się na placu zabaw. Będziemy im od czasu do czasu machać, a one przybiegną czasem nas ucałować w podzięce na to, że je tak cudnie napowietrzyłyśmy. Że ta wdzięczność za to słońce, tę piękną pogodę, za możliwość rozkoszowania się nimi będą z nich po prostu buchać w postaci miłości do nas. Ba! Ja nawet już widziałam jak one to będą kiedyś z łezką w oku wspominać. Marzenia.

Owszem udało nam się przerwać dzieciom, na moją wyraźną prośbę, doskonałą zabawę. Udało nam się sprawić, że się upociły i upłakały przy zakładaniu tych pięknych kurteczek, udało nam się w końcu samym ubrać w niemniej cudne kurteczki, a koniec końców wyjść z domu. I wiecie co? Dzieciom to chyba bez różnicy kiedy się je napowietrza. Ani Helenka, ani jej mała koleżanka nie wyglądały na jakoś wyjątkowo wdzięczne za to napowietrzenie. Owszem, była frajda jak znalazły grabki i piłkę sensoryczną za śmietnikiem. Potrzymały się nawet chwilę za rączki. Do zdjęcia. Iść po chodniku równiutko nie chciały. Każda chciała, ale gdzie indziej i w swoim tempie. Wspólna była radość powieszenia się tymi czyściutkimi kurteczkami na brudnym płocie u sąsiadów celem obserwacji kotów, które i tak moje dziecię uważało za psy. Wspólna była radość wdeptania nie posprzątanych kup psich w te śliczne małe buciki. Wspólny był zachwyt na śmieciem znalezionym nieopodal tych psich odchodów. Nie pomogło tłumaczenie. Dla dziecka ładna pogoda czy wdepnięcie w kupę jest zupełnie czym innym co dla mnie czy koleżanki z przedszkola.

Spacer był krótki, acz emocjonalne intensywny. Bogaty w nowe doświadczenia i przeżycia. Mam nadzieję, że moje i koleżanki z przedszkola dzieci chociaż jakoś pięknie to zapamiętają. Wróciłyśmy do domu, dzieci choć napowietrzane na powrót kaloryferowym wyziewem znowu były tak bardo szczęśliwe. Bez słońca i chodników. Na dywanie.

Było super. Na koniec procesu napowietrzania, córeczka koleżanki z przedszkola powiedziała Helence, że ją kocha. Przytuliły się, wywaliły na chodnik co córka koleżanki z przedszkola skwitowała stwierdzeniem: “To jest miłość Hejenka!”. Chyba nam wybaczyły:)

Share: