crying

Ile razy słyszymy jak ktoś zwraca się w ten sposób do dziecka, które właśnie uderzyło się/ upadło/ coś mu się zepsuło/ zepsuł mu się po prostu humor lub spotkała je jakakolwiek inna przykrość? Powodów może być wiele. Ja mam te nieprzyjemność spotykać się z takim podejściem do płaczu dzieci naprawdę często. Nie raz słyszę gdzieś w sklepie, w parku czy na placu zabaw jak poirytowany po dosłownie kilkunastu czy kilkudziesięciu sekundach płaczu, dorosły próbuje uspokoić w ten sposób małego człowieka. Za każdym razem zapala mi się jednak w głowie czerwone światełko i głęboko zastanawiam się nad sensem tego typu wypowiedzi. Nie powiem, że mnie nigdy przenigdy nie zdarzyło się tak powiedzieć. Jest mi za to naprawdę wstyd, bo mimo świadomości absolutnej bezcelowości tego komunikatu i tego jak jest po prostu przykry, kilka razy zdarzyło mi się z nim wystartować do mojego dziecka.

Oto stoi przed nami mały wielki człowiek, najważniejszy w naszym życiu. Wyśniony i wymarzony. Doskonały, kochany przez nas do szaleństwa. Ten sam, którego jeszcze nie tak dawno temu powołaliśmy na świat żeby był szczęśliwy. I o to nagle znajdujemy się zupełnie niespodziewanie w obliczu tragedii. Tragedią jest w tym wypadku sytuacja, o której tak naprawdę powinno się uczyć w szkołach żeby potem przyszli rodzice nie byli zaskoczeni, że dziecko po prostu czasem płacze. Ba! Czasem nawet płacze głośno, czasem krzyczy i tupie, a jak już naprawdę jest „niegrzeczne”/ chce nam zrobić na złość/ „wymusza” to łączy te wszystkie czynności w jeden wielki lament i stosuje zamiennie tudzież dla wzmocnienia efektu wszystkie naraz. Brzmi strasznie, prawda?

Zastanawiam się często dlaczego ludzi tak bardzo irytuje dziecięcy płacz? Dlaczego kwilenie tego małego człowieka, któremu właśnie przydarzyło się coś w jego odczuciu naprawdę przykrego sprawia, że tak łatwo tracimy cierpliwość i w wielu przypadkach reagujemy wręcz agresywnie?

Jeżeli w chwili kiedy nasze dziecko, przyjmijmy właśnie się uderzyło i bardzo mocno odczuwa wywołany tym zdarzeniem ból czy nawet zwykły dyskomfort i w związku z tym zaczyna płakać i zaraz po tym słyszy od najważniejszej w życiu osoby czyt. mamy/taty/babci/dziadka/kogokolwiek ważnego, że ma natychmiast przestać płakać bo nic się nie stało to nie chce nawet wyobrażać sobie jak się wtedy czuje. Mam wrażenie, że płacz, który wówczas kontynuuje, często jeszcze ze zdwojoną siłą to już nawet nie jest aż tak bardzo spowodowany bólem uderzonej nogi czy głowy, ale tym tragicznym niezrozumieniem jakie spotkało dziecko ze strony osoby, którą kocha i bezgranicznie ufa.

Przeanalizujmy sytuację. Skoro mnie boli lub nie potrafię sobie poradzić z jakąkolwiek trudną dla mnie emocją staram się jakoś odreagować, dać temu upust co w przypadku małego człowieka oznacza najczęściej płacz lub złość. Jeżeli jest mi w danej chwili naprawdę źle, a ktoś komu ufam czyli zakładam, że chce dla mnie dobrze i ma rację, mówi, że nic się nie stało to w efekcie przestaje ufać sobie. Bo jeśli mama mówi, że mój ból czy smuteczek to bzdura to znaczy, że albo ze mną coś jest nie tak i przestaje ufać swojemu instynktowi, albo nadal mu ufam i uznaje, że mama mnie totalnie nie rozumie. Idźmy dalej. Skoro mama przyjmijmy, że mnie nie rozumie to po co zgłaszać się do niej z moimi problemami? I tak je zbagatelizuje. Oczywiście ten tok rozumowania jest na potrzebę sytuacji delikatnie wyolbrzymiony, ale to nieistotne. Najważniejsze o czym chcę tutaj powiedzieć, to fakt, że dziecku w takiej sytuacji jest zwyczajnie bardzo, bardzo źle.

Zamiast jednego bólu/ smutku ma dwa bóle/ smutki. Jeden wynika z sytuacji, która spotkała dziecko, a drugi z tego jak zareagował na ten problem rodzic. Dzieci są dziećmi i dlatego nie mają jeszcze obowiązku poradzić sobie ze wszystkim co je spotyka. Ba! Dorośli bardzo często nie radzą sobie z emocjami i próbują je odreagować.

Share: