dokt-fff

Naprawdę, jedynie z obawy o ewentualny proces i trochę z czystej ludzkiej przyzwoitości nie będę tutaj posługiwać się nazwiskiem lekarza, o którym zaraz napiszę. Z tego samego powodu nie zamieszczę również zdjęcia z papierową wizytówka kogoś kto tyle lat pracował na swoje wykształcenie, a skończył w gabinecie z szyldem firmującym jego nazwisko naklejonym plastrem z opatrunkiem na drzwiach. Kartka formatu A4 z odręcznym podpisem, którego dokonał jakiś ewidentnie nieutalentowany człowiek niższego personelu medycznego przy pomocy dawno wyschniętego mazaka była pierwszym ostrzeżeniem przed przekroczeniem wrót gabinetu. Myślę, że nie takiej przyszłości chciała dla tej Pani doktor jej mama kiedy ze łzami w oczach skakała z radości, że jej córka będzie lekarzem. Pewnie myślała biedna, że będzie szanowana i będzie ratować ludzkie istnienia. Ja przynajmniej chciałabym kojarzyć medycynę z odpowiednio dofinansowanym szacunkiem do wiedzy i człowiekiem, który już na wejściu zdobędzie moje zaufanie.

Może doświadczenie życiowe i ta kartka były ukrytym komunikatem, “nie wchodź tutaj, nie warto”?Może ktoś chciał mnie w ten sposób ostrzec? A może po prostu powinnam wcześniej zdjąć czapkę i puknąć się dwa razy w głowę zanim radośnie popędziłam do środka? Może z góry nie powinno się konsultować czegoś tak ważnego jak własne zdrowie z człowiekiem, który pozwolił przekreślić swoje kwalifikacje i ogólny obraz takim brzydactwem, na który żal było przychodni marnować środków? Zarządzający przybytkiem zapewne doszli do wniosku, że taki wymięty kartonik smutno dyndający nad klamką stanowi wystarczające źródło informacji dla pacjenta i jest jednocześnie idealnym odzwierciedleniem kompetencji człowieka, który przyjmuje w tym gabinecie. To się chyba nazywa optymalizacja kosztów.

Nie mam w zwyczaju chodzić do lekarzy pierwszego kontaktu w przychodni, do której jestem zapisana dzięki uprzejmości i hojności Narodowego Funduszu Zdrowia. Kilka razy się na to zdecydowałam i po prostu niczego mądrego się tam jeszcze nigdy nie dowiedziałam. Wręcz przeciwnie zwykle wychodzę co najmniej wystraszona choć z moim zdrowiem wcale nie jest tak najgorzej. Z tegoż również powodu, za każdym razem kiedy jednak postanowię się przemóc i uwierzyć w darmowe cokolwiek jestem równie rozczarowana i zgnębiona jakością świadczonych tam usług. Podobnie było oczywiście tym razem. Po raz kolejny dobitnie  przekonałam się, że nie warto oszczędzać na wizytach u specjalistów i kosmetyczce (to oddzielna historia na osobny post). Problem polegał na tym, że nie bardzo wiedziałam do jakiego specjalisty powinnam się udać tym razem i jakiś szatański głos podpowiedział mi, że taką informację mam szansę uzyskać u lekarza tzw. rodzinnego. Pani doktor ugościła mnie w gabinecie w sposób dokładnie taki jakiego powinnam się spodziewać po tego rodzaju placówce. Mimo, że zaprosiła mnie osobiście do środka i tak nie bardzo była przez dłuższy czas zainteresowana po co właściwie przyszłam. Chyba nie chciała po prostu być sama przy wypisywaniu dokumentów i karty poprzedniego pacjenta. Pani doktor pisała, nie o mnie wprawdzie, ale widać byłam jej potrzebna skoro mnie wezwała.

Pierwsza niezręczność polegała na wyborze właściwego siedziska. Czego jak czego, ale miejsc do siedzenia w tym gabinecie było od groma! Sugerowałabym nawet rozpoczęcie poszukania dodatkowych środków na szyldy dla lekarzy praktykujących w przychodni przy jednoczesnym wykorzystaniu stołkowego kapitału. Myślę, że z powodzeniem mogliby zarabiać masę kasy na wynajmowaniu tych krzesełek. Nie wiem, może faktycznie potrzeba 6 krzeseł dla pacjentów w gabinecie, a do tego mini sofy. Może jak już się ktoś dostanie do lekarza to na wszelki wypadek wpada z całą najbliższą rodziną. A może to po prostu prestiż mieć tyle stołków. Ja wpadłam bez rodziny i od początku wiedziałam, że mimo urodzaju stołków wybiorę akurat ten niewłaściwy. Skoro były zydle i kanapa, postawiłam na odrobinę luksusu i usiadłam na kanapie. Niezwłocznie zostałam pouczona, że na tej kanapie mam nie siadać bo tam siada Pan doktor. Nie pytałam. Wolałam nie wiedzieć. Nie wiedziałam po prostu ile potrwa jeszcze papierologia poprzedniego pacjenta i wolałam mieć wygodnie.

Na streszczenie tego co mi dolega miałam jak się zresztą spodziewałam niewiele czasu. Tutaj niczym mnie nie zaskoczyli. Przez dłuższą chwilę miałam wrażenie, że mimo to Pani doktor bardzo się dłuży i trochę ją nużą moje wywody. Niczego nie była ciekawa, o nic nie dopytywała. Miałam jednak czas na swobodną wypowiedź. Zdziwiło mnie jednak to, że nikt mi nie przerywa. Zastosowałam zabieg rodem vademecum maturalnego z języka polskiego i celem zaciekawienia adresata zaczęłam zadawać pytania. To tylko wybiło z rytmu Panią doktor i przełączyła wcześniej obrany kierunek z niezainteresowanej na tryb przerażony. Zbadała mi ciśnienie, pochwaliła. Zmierzyła tętno, powiedziała, że cudowne. Badań nie zleciła. Żadnych. To nie przeszkodziło jej jednak wstępnie zdiagnozować poważnej neurologicznej choroby przewlekłej. Specjalista, to jest jednak specjalista. Można? Można! Przede wszystkim Pani doktor nie obciążyła systemu zdrowia na straty z powodu skierowania mnie na badania. Na dystans z pacjentem i bez żadnych badań można diagnozować i straszyć ludzi! Wystarczy mieć trochę oleju w głowie, szybko łączyć fakty, tytuł na wygniecionej kartce przyklejonej plastrem na drzwiach gabinetu i żadnych oporów.

Jedyne co muszę przyznać tej przychodni, to faktycznie umówili mnie szybko, sprawnie i wcale długo nie czekałam. Może inni pacjenci zostali pokonani przez zawały, których mieli przyjemność doświadczyć po szybkiej diagnozie tej Pani doktor i dlatego już nie ma kolejek?

doktor-ffdokt-ff

 

Share: