goodm

Jesienny dzień, gdzieś około południa dumna z siebie matka czyli ja postanawiam zorganizować swojej pierworodnej miłości przyjemny dzień. Wiem, że dziecię moje jest żywe i biegać lubi, trampoliny traktuje jak środowisko naturalne, a w kulkach czuje się jak ryba w wodzie. Szykujemy się więc żeby udać się w podróż pełną wrażeń i przygód. Do sali zabaw oczywiście. Potem wspólny obiad na mieście. Będzie idealnie. Wszystko dla nas! Mama i córka.

Ubieram więc starannie córkę, dobieram skarpetki do spodenek, spodenki do bluzeczki, a sweterek tak żeby i do spodenek i do skarpetek pasował. Staram się żeby było nie tylko ładnie, co by cieszyć swoje oko przy okazji, ale i wygodnie dla dziecięcia. Wygodne, luźniejsze getry, takie wiecie, niekrępujące ruchu, ale też dające dobry poślizg na zjeżdżalni. Skarpety oczywiście na antypoślizgowych kropkach tak żeby córeczka moja ukochana mogła zwinnie wspinać się na piętrowe konstrukcje. Takie wiecie, ciepłe, ale też nie za ciepłe. W ogóle wszystko trzeba zaplanować zgodnie z kluczem, żeby nie przegrzać, ale i też o zgrozo nie wychłodzić! Do tego pakuję torbę na wszystkie możliwe okoliczności. Ubranka na zmianę, pampersy, chusteczki, ciasteczki i inne bajereczki. Dobrze spakowana torba jest jak gwarancja udanego wyjścia. Albo może i odwrotnie, nawet najbardziej udane wyjścia może się zepsuć w sytuacji gdy roztargniona matka zapomniała czegokolwiek z osobistej listy must- have swojego małego szczęścia. Wtedy mamy katastrofę stulecia. Siebie oczywiście również muszę pamiętać żeby ubrać stosownie, mając na uwadze wiek dziecka pamiętać, że i moje skarpetki muszą być zdatne do szybkiego wspinania, a spodnie zapewniać niczym nieskrępowany zjazd na zjeżdżalni wprost do kulek. Wizyta z tak maleńkim dzieckiem na sali zabaw łączy się z nieodłączną aktywnością. Wizje tego jak moje dziecko mogłoby spaść z tych piętrowych konstrukcji bo coś poszło nie tak sprawiają, że póki co, pełna tego rodzaju obaw ładuje się po prostu wszędzie za nią. Nie zabraniam, nie ograniczam, a jedynie asekuruje i gaszę bieżące pożary w rodzaju uwięzionej w siatce bezpieczeństwa maleńkiej stópki.

Mam nadzieję, że żadnej mamie nie muszę tłumaczyć, że torba „wózkowa” to tylko jedna z dwóch zabieranych na tego rodzaju wyjścia. Torba wózkowa ma być duża i mieścić cały dom, wszystko co matce i dziecku przyjdzie do głowy, a nawet jeszcze więcej! Ma być wręcz ogromna, żeby na nic nie zabrakło miejsca, a jednocześnie lekka jak piórko żeby matka miała siłę ją nosić w miejscach gdzie porusza się bez wózka. Torba nr 2 to oczywiście również niezbędne akcesorium. Tym razem jednak wymagania są zupełnie inne! Torba osobista matki, która przypomina mijającym ją ludziom, że ta nie przestała być kobietą elegancką, ma budzić podziw innych kobiet-nawet  tych nie-matek i tym razem być mała. Najlepiej żeby dało radę nosić ją „na skos” tzw. cross-body. Dlaczego mała? Banał. Torba wózkowa jest ogromna i pojemna, ale jak sama nazwa wskazuje dynda sobie przymocowana do rączki/ ramy wózka. Nie nosimy jej na dłuższych dystansach więc jej ciężar i gabaryty są nam poza pojedynczymi sytuacjami, względnie obojętne. Matczyna torba pt:”jeszcze-pamiętam-co-to-trendy” musi być obowiązkowo mała i zainstalowana na skos bo matka musi się tryliardy razy schylać z prędkością światła do dziecka czy podnosić je. Wiecie co się dzieje jeśli ma się za dużą torbę? Leci na głowę, ogłusza i po prostu zwyczajnie staje się powodem zupełnie zbędnego zamieszania. Zanim się pozbierasz po czymś takim Twoje dziecko zdąży już przewalić na podłogę sweterki z półki sklepowej we wszystkich możliwych rozmiarach. Shopperki również odpadają w przedbiegach. One są na spotkania z koleżankami, na kawki i obiadki bez dzieci, lub z dzieckiem, ale już o ciut większym. Schylcie się proszę energicznie z niedopiętą shopperką, to zobaczycie same… Życzę powodzenia. Do takich wniosków dochodzi się w sekundę po tym jak cała zawartość wysypie Ci się na głowę w centrum handlowym, a Ty musisz błyskawicznie zdecydować czy gonić uciekające dziecko czy może zbierać te wszystkie swoje piękne rzeczy i szminko-pomadko-pudry, na które oszczędzałaś milion lat żeby sprawić sobie przyjemność.

Tak, każdy rodzic, odkąd staje się rodzicem musi w lot posiąść te wszystkie umiejętności. Przyspieszony kurs perfekcjonizmu dla początkujących. Przede wszystkim albo staniesz się idealnie zorganizowana, albo trudy dnia codziennego Cię po prostu zjedzą i przygniotą. Radzę intensywnie wziąć się za naukę planowania. Chcąc ogarnąć siebie i dziecko w stopniu wystarczającym należy podejść do tego absolutnie poważnie. Wszystko odpowiednio wcześniej zaplanować i perfekcyjnie zorganizować. Wtedy dopiero można mówić o naprawdę przyjemnych wspólnych wyjściach z dzieckiem. Ale wracając do rzeczy. Wizyta w sali zabaw również wymaga tych wszystkich przygotowań, o ile oczywiście nie masz planach co pięć minut wydzierać się na dziecko, że czegoś tam mu nie wolno bo się pobrudzi/ przewróci czy zrobi sobie inną niewyobrażalną krzywdę z powodu złego ubrania, któremu notabene sama jesteś winna. Jeśli ktoś nie jest aż takim prepersem jak ja może ograniczyć przygotowania do 3 punktów obowiązkowych, tj. skarpety na antypoślizgowej kropce, pampers na zmianę i coś do jedzenia dla wygłodniałego zdobywcy basenu z kulkami. Mokrą chusteczkę można zawsze w ostateczności od kogoś pożyczyć. Pampersy mają rozmiary i tu jest już zdecydowanie ciężej. Jednorazowe podkłady na przewijaki w miejscach publicznych odłóżmy na bok.

Tak czy inaczej, zmierzam do tego, że naprawdę wkładam w organizowanie dni z moim dzieckiem całe serce. Cała moja energia życiowa jest wówczas pożytkowana na stworzenie możliwie najlepszych warunków do zabawy. Robię ile tylko potrafię i jeszcze więcej żeby fajnie spędzać wspólnie czas, żeby nudy nie było, a mama jawiła się Helenie jako ktoś kto ma mnóstwo energii i jeszcze więcej chęci do wspólnych harców. Staram się jak nie wiem, aż tu nagle podczas tej skrupulatnie zaplanowanej wizyty w sali zabaw dowiaduje się między wierszami, że jestem złą matką.

Helena jak już wspominałam jest naprawdę sprawnym fizycznie i wyjątkowo ogarniętym koordynacyjnie dzieckiem jak na swój wiek. Dzień jak co dzień, Helenka wspina się samodzielnie na zjeżdżalnię po drabince, krok za kroczkiem, mrucząc sobie pod noskiem „tiup, tiup, tiup” i nagle jest już na górze, przekłada nóżki tak by skierować je przodem do kierunku jazdy, krzyczy jeszcze do mnie „Mamo! deden, da, tiii ziuuuuu!” (1, 2, 3…!) i zjeżdża. Czynność powtarza do chwili kiedy sama uzna temat zjeżdżalni za wyczerpany. Jestem cały czas obok, czuwam, żeby nie spadła z tej pionowej drabinki, nie pomagam w sensie wsadzania na zjeżdżalnie. Realizuję się w roli matki polki opiekuńczej, acz nie jęczącej pod nosem, że za wysoko/za niebezpiecznie. Jest pozytywnie, dziecko szczęśliwe. Kątem oka widzę dwie matki nieopodal naszej lokalizacji. Widać na pierwszy rzut oka, że to koleżanki, że każda z dzieckiem na oko w wieku mojego. Robią ewidentną obcinkę naszej zabawy po czym odważają się jednak podejść bliżej i zapytać. „Proszę Pani, a ona to ile ma dokładnie miesięcy?”

Byłam tak zaangażowana i przejęta zabawą, że na szybko naprawdę nie potrafiłam odpowiedzieć. „Nie wiem. Koło roczku będzie”. Spojrzały się na siebie, na mnie. W powietrzu już czuje swąd dezaprobaty pomieszany z niezadowoleniem i odrobiną zdziwienia. Jedna z matek pokiwała głową z niedowierzaniem. „Mój Rysio o ma 17 miesięcy i ileś tam dni i nie wejdzie tak na zjeżdżalnię…”. Taki lajf myślę sobie. Rysia sprawa, ale nie komentuje tylko życzliwie się uśmiecham. Rozmowa toczy się dalej. Matka, jak już się dowiedziałam należąca do Rysia, którego poziom wysportowania ewidentnie rozczarował jego własną matkę, pyta koleżankę „ A Twoja Zosia, to weszłaby tak?”. „A gdzie tam.” (Publiczne porównywanie dzieci level expert, krytykowane dzieci oczywiście wszystko słyszą.) Matki nie odpuszczają. „Proszę Pani, a ile ona ma dokładnie zębów?”

No i znowu poległam. Okropnie poległam odpowiadając szczerze, że nie wiem DOKŁADNIE. „Jak się spojrzy to wygląda jakby już prawie wszystkie. Przynajmniej na dole”. Matki Rysia i Zosi doszły chyba po tej mojej odpowiedzi, że jestem albo niewykwalifikowaną i obojętną opiekunką Heleny, albo co najmniej należałoby mi przyznać kuratora do pomocy. Odeszły. Chyba się po prostu z takimi matkami nie zadają. Taki lajf.

Masakra. Jedna wielka masakra. Ja matka tak zaangażowana i kochająca okazałam się w oczach mam Rysia i Zosi absolutnie nikim. Zerem po prostu. Niedouczona i niewrażliwa. Cały mój obraz samej siebie, ten pomnik matczynej miłości, który buduje sama dla siebie w swojej głowie został zbombardowany przez te dwa pytania. O wiek i zęby. Gwoli ścisłości, Helena miała w chwili pytania 14 miesięcy więc naprawdę myślę, że odpowiedziałam w miarę w porządku. Mogłam zmyślać i byłoby po sprawie. Szczerze? Teraz to wiem z tym wiekiem bo dokładnie policzyłam, normalnie jakoś się aż tak temu nie poświęcam, żeby każdego dnia wiedzieć ile dokładnie ma miesięcy, tygodni i dni. Mama Rysia wiedziała. Co do zębów podobnie. Wiadomo, że liczyłam pierwsze, dwa, cztery, siedem. Potem naprawdę te zęby wychodziły już tak szybko, że przestałam. Ząbkowania nie wspominam jakoś wyjątkowo traumatycznie, może to dlatego. Po tej rozmowie pomyślałam jednak, że dobra matka w odczuciu ogólnym jednak powinna takie rzeczy wiedzieć. Coś jak tabliczka mnożenia, obudzona w środku nocy powinnam recytować te dane, oczywiście mając na uwadze codzienny update. Dobra matka wie ile zębów ma jej dziecko jeżeli naprawdę je kocha. Seriously?

Kocham mojego męża. Wiem tylko, że ma wszystkie zęby, wiem, że jest ode mnie 4 lata starszy, ale nie mam zielonego pojęcia ile ma miesięcy. Kocham samą siebie i też za nic bez zastanowienia nie powiem ile mam miesięcy. Kocham moją babcię. Nie wiem ile ma zębów. Nie mam pojęcia ile ma miesięcy. Helenę też kocham, uwierzcie na słowo mamo Rysia i mamo Zosi. Dziękuję.

img_3357

Share: