muzyka

Właśnie odkryłam nową, chwilową fascynację. Nazwijmy ją tymczasową pasją krótkotrwałą. To fanaberia na, którą mogę sobie aktualnie pozwolić zważywszy na fakt, iż nasze najstarsze dziecię szczęśliwie znajduję się aktualnie pod troskliwą opieką moich rodziców. Choć mam ten nowy hype od około pół godziny zdążyłam go już niezmiernie pokochać, a polega on na słuchaniu muzyki żydowskiej, którą postanowiłam poznać po uprzednim zapoznaniu się z twórczością samego twórcy tanga argentyńskiego. Nie pytajcie. Postanowiłam poszerzyć moje muzyczne horyzonty korzystając z nieobecności dziecięcia, które pasjami słucha całymi dniami, bez chwili wytchnienia czegoś w rodzaju popu dla zwariowanych nastolatek chwilami trącającego muzyką techno klubową. Mam taki kaprys i jestem z niego dumna jako, że świadczy to bezdyskusyjnie o tym, że po pierwsze czuję się na tyle dobrze aby oddawać tego rodzaju przyjemnościom, a po wtóre oznacza, że mam prawdziwy czas dla siebie, który mogę wykorzystać jak tylko mi się podoba! 

Jak się tak już konkretnie wkręciłam w słuchanie tych nostalgicznych kawałków, pierwsze co przyszło mi do głowy, to, że nie da rady ich słuchać w towarzystwie mojego męża. Dlaczego? Ano dlatego, że jestem więcej niż pewna, że moja nowa pasja, a właściwie jej wydźwięk w dosłownym tego słowa znaczeniu zostałby określony przez najbliższego mi na świecie człowieka jako smętny. Tak mi się jakoś wydaje, że to właśnie dziewczyny lubią takie smutne rzeczy. Lubią spędzać w ten sposób czas i poświęcać swoje cenne życiowe wolne minuty na wzruszenia i przemyślenia. To właśnie kobiety lubią wzruszające filmy, chwytające za serce zdjęcia, muzykę i inne sztuki wszelakie. W naszym domu jest tak, że mąż uważa, że nawet odcinek powszechnie znanego Na dobre i na złe jest zbyt emocjonalnie nacechowany i grozi, że jeśli znowu będę płakać po tym jak komuś zdechnie lub zachoruje serialowy chomik, lub w gorszym przypadku sam pomrze tudzież zaniemoże na antenie to obiecuje już nigdy nie dopuścić bym karmiła się takimi przyjemnościami.

To nie jest tak, że ja czerpię jakąś wyjątkową frajdę z przyglądania się ludzkim dramatom, nawet jeśli zostały wykreowane tylko na potrzeby konkretnego odcinka serialowego tasiemca. Zupełnie nie o to chodzi. Mam wrażenie, że po prostu ktoś czasem stworzy historię, która z tych czy innych względów zdaje się być chwilowo bliska mojemu sercu i wtedy się wzruszam. Czasem nawet płaczę. To jakkolwiek oczyszczające. Kiedyś czytałam nawet, że seriale jako takie mają spełnić rolę terapeutyczną w stosunku do społeczeństwa. Jedna pani z drugą panią przeżywają rozterki, dramaty i inne radości bohaterów serialu, dzięki czemu zyskują dystans do własnych. Uczą się, że złe w końcu mija, komuś tam się jednak coś uda, Grażyna odzyska uczucia Romana, a nawet jeśli się nie uda to mogą bezpiecznie podglądać jak bohater wyszedł z danego problemu. Mąż mój jednak tego rodzaju emocji nie rozumie. To znaczy może nie tyle nie rozumie emocji, co po prostu nie rozumie po co ludzie biczują się w jego ocenie tego rodzaju rozrywkami. Nie daje zgody na serialowe tragedie, wzruszające historie ludzi w sensacyjnie nacechowanych programach o ludzkich dramatach typu pseudo wiadomości. Nie lubi też kiedy słucham muzyki przy, której płacze bo chce żebym była po prostu szczęśliwa i nie dokładała sobie, jak twierdzi cudzych zmartwień na siłę.

Podobnie ma się sprawa damskich pogaduch. My kobiety, dziewczyny zazwyczaj wprost je uwielbiamy. Nie znamy lepszej formy spędzania wolnego czasu niż długie godziny rozmów polegających na analizowaniu naszych żyć i przemyśleń wszelakich. Możemy długie lata roztrząsać te same tematy i tak naprawdę wcale nie potrzebujemy dojść do konkretnych wniosków, a jedynie “przegadać” daną sprawę. Nawet po milion razy tą samą. Lubimy myśleć co by było gdyby, roztaczać przed sobą szczegółowe wizje tego co dopiero będzie i rozmyślać nad tym co było. Ponad wszystko lubimy wspominać i zastanawiać się jak ta nasza historia nas ukształtowała. Ot taka kobieca słabość. Rozmawiamy, wzruszamy się, pocieszamy i śmiejemy. Również niekiedy do łez. Tak samo jak czerpiemy dziwną przyjemność ze słuchania wzruszającej muzyki, tak samo dobrze robią nam takie sesje terapeutyczne w damskim towarzystwie. Chyba po prostu romantyczne z nas dusze. O ile mi wiadomo żaden mąż czy nie mąż moich najbliższych koleżanek nie spotyka się ze swoimi kolegami żeby porozkminiać rzeczywistość, zastanowić się nad życiem. Daję głowę za to, że nigdy nie analizują dlaczego ich ukochana zachowała się w danej sytuacji tak, a nie inaczej. Nie analizują co pomyślała kiedy on powiedział jej to czy tamto i dlaczego nie uśmiechnęła się dzisiaj wychodząc do pracy. Chyba nigdy nie zdarzyło się im analizować naszych charakterów i tego co nami w życiu kieruje. Oczywiście w przeciwieństwie do nas bo my robimy to nieustannie. Jeśli się mylę to proszę poprawcie mnie;)!

Share: