DCIM100GOPROGOPR2819.

Wczoraj niemalże ze łzami szczęścia w oczach powitałam Panią z firmy kurierskiej, która przebyła ryzykując życie, przemierzając siedem śnieżnych krain, na letnich oponach, żeby uszczęśliwić mnie zamówionymi wcześniej książkami. Książki były trzy, zakupione w komplecie. Tak naprawdę to zależało mi tylko na jednej, ale postanowiłam wspierać finansowo przemysł blogerski i poszłam na całość. Taka wiecie, słynna oszczędność polegająca na tym, że może i płacisz więcej, ale liczysz sobie ile na tym zaoszczędziłeś bo gdybyś kupował wszystko osobno albo po prostu mniej za wyższą cenę jednostkową, Twoja rodzina musiałaby ogłosić bankructwo. To moja absolutnie ulubiona forma oszczędzania, czuje się wtedy prawdziwą bohaterką domu i wiem, że dzięki niej w nieoceniony sposób wspieram nasz rodzinny budżet. Przyznaję, ekonomię zaliczyłam ucząc się na pamięć upublicznionych przez wykładowcę pytań testowych. Bez zrozumienia ma się rozumieć. Były ważniejsze sprawy na głowie.

Korzystając z uprzejmości moich ukochanych rodziców, zwanych obecnie Babcią i Dziadkiem, których z tego miejsca serdecznie ściskam, a którzy wówczas dzielnie dziadkowali mojemu zakochanemu w nich po same uszy dziecięciu, mogłam spokojnie i w pełni skupić się na lekturze. To właśnie po części dzięki Wam kochani rodzice, choć jeszcze tego nie wiecie zostanę prawdziwą blogerką! Przebaczam Wam, że nie zawsze jedliśmy rano śniadania. I tak jesteście najlepsi. Dziękuję. Od chwili, w której przeczytałam wstęp książki i dowiedziałam się, że nie tylko ja w chwili ogłoszenia najbliższemu otoczeniu, poza mężem, który mnie do tego bardzo namawiał, że zamierzam pisać bloga zostałam delikatnie mówiąc odżegnana od czci i wiary. Ku mojemu wielkiemu ucieszeniu okazało się, że tak to czasem bywa w życiu również innego człowieka, że świat rodzinny i koleżeński zupełnie nie rozumie tego co właśnie zamierzasz mimo, że Ty sam cieszysz się jak głupi ze swojego chytrego planu. Nie możesz zasnąć bo tak bardzo jesteś już nawet w myślach pochłonięty dopracowywaniem nowego pomysłu.

Kiedy mówisz komuś, że idziesz do prawdziwej pracy, powszechnie cieszącej się aprobatą i znajdującej się w sektorze tzw. dobrych zawodów, która obowiązkowo kończy się i zaczyna o godzinie odpowiednio x i y i koniecznie oznacza pracę dla ważnego przełożonego, albo komunikujesz jak ja kiedyś, że zamierzasz być studentem prawa, albo lepiej już nim jesteś czy choćby wybierasz najlepsze liceum w mieście, wygrywasz ogólnopolską olimpiadę z angielskiego- wtedy wszyscy tak bardzo się cieszą. Ściskają Cię i sami mają łzy szczęścia w oczach. Są prawie tak szczęśliwi jak ja kiedy przyjeżdża kurier. Generalnie wizja pochwalenia się innym i potencjalne wylanie na nich ogólnie akceptowanej przez lokalne społeczności dumy jest nie do przecenienia dla wielu. Wiem, bo sama też tak czasem mam. Pochwalenie się komukolwiek, że ktoś ważny dla Ciebie zaczyna pisać bloga i to jeszcze o zgrozo o życiu zwanym ładnie lifestylem i to w perspektywie kilku lat za darmo nie jest powodem do lansu. I tak każdy rozmówca zacznie od pytania “A co to w ogóle jest ten blog” i zakończy wątek tym, że jego córka/ syn czy inny krewny też pisał pamiętnik ale się z tym nie obnosił, miał w końcu “prawdziwą pracę” i co miesiąc dostawał pensje. Lucky them. Dlatego powoli zaczynam rozumieć, nie mam żalu i faktycznie ciężko pochwalić coś czego się nie zna. Sama przestaje liczyć na oklaski skoro nie wiadomo nawet o co mi dokładnie chodzi z tym blogiem. Ktoś kto wymyślił internety i inne technologiczne gadżety to już w ogóle musiał się spotkać z brakiem zrozumienia jak tłumaczył swojej babci, że oto właśnie zamienił ciepłą posadkę na tworzenie coś czego nie potrafi de facto wytłumaczyć.

Mój mąż jest poważnym człowiekiem, który ma pracę i musi w niej być na godzinę i do godziny. Dla mnie, która jestem jego żoną to bardzo dobre rozwiązanie bo wiem kiedy mój mąż będzie w domu i dzięki temu mogę szczegółowo zaplanować dzień. Z reguły chodzi o to, że wydarza się w ciągu dnia coś co tak bardzo chcę mu opowiedzieć, że czekam z niecierpliwością kiedy otworzą się drzwi, a ja z wypiekami na twarzy zasypię mojego męża niesamowitymi opowieściami całego dnia, z których połowę i tak streściłam już wcześniej przy pomocy urządzeń służących do komunikowania się na odległość. Jasne, że przez telefon muszę mojemu mężowi zdać relację z wszelkich śmieszności i przykrości jakie mnie na bieżąco spotykają. Komórka to jednak nie to samo co kontakt bezpośredni. Wtedy mogę opowiadać jeszcze bardziej plastycznie i żywiołowo. Co więcej mogę użyć wówczas przymusu bezpośredniego w postaci różnej maści ukochańców, celem skupienia na opowieści pełnej uwagi mojego męża. Najgorzej ma mój mąż właśnie kiedy w ciągu dnia przeczytam coś co mnie wielce zainspiruje do czegokolwiek. Chyba dlatego tak mi kibicuje z tym pisaniem bloga;) Nie wiedział biedny w co się pakuje kiedy mi pomagał z tymi wszystkimi informatycznymi zawiłościami, żebym ja mogła zacząć tworzyć!

Mniejsza o to, wsparcie męża jest super i naprawdę polecam się poobrać wszelkim małżeńskim niedowiarkom. Tak czy inaczej, wczoraj po przeczytaniu jednym tchem 283 stron czystej blogowej wiedzy wszelakiej, z książki, która wprost spadła mi z nieba, choć oczywiście pani z firmy kurierskiej również odegrała w tym cudzie dość istotną rolę, czułam się emocjonalnie zobligowana do przekazania najważniejszych fragmentów mojemu mężowi. Szybko zjadłam obiad i popędziłam po moją nową papierową wyrocznię blogerskiego know-how celem dokonania odczytu najlepszych/ najśmieszniejszych/ najciekawszych/ zadziwiających fragmentów na głos, jednocześnie referując konieczne do pełnego zrozumienia tło opowieści czy dzieląc się z moim mężem skróconym rysem historycznym dotyczącym autora. Przeczytałam mężowi wszystkie fragmenty, które osobiście uznałam za szczególnie warte przeczytania i wróciłam do dalszej samodzielnej lektury. Mąż nie pisze bloga więc zapewne nie skorzysta z wiedzy, którą mu elegancko streściłam po dokonaniu wstępnego odrzutu co mniej istotnych informacji. Prawdę mówiąc nie wyglądał na jakoś wyjątkowo szczęśliwego, że mu czytam. Śmiał się trochę, że zna wszystkie książki, które ja przeczytałam, a on nie choć nawet nie szczególnie o to prosił. Śmiał się również, że powinien mieć korespondencyjnie zaliczone studia prawnicze, bo przeżył je całe towarzysząc mi na ich drodze i zna wszelkie skrypty i podręczniki, z których pozyskiwałam wiedzę. Niby się śmiał, ale jednak słuchał. To jest właśnie miłość! Część osób, które były ze mną na roku pewnie do tej pory myśli, że mój mąż również jest ich kolegą z roku bo spotykali go pewnie na korytarzach czy przed egzaminami równie często co mnie choć ani nigdy nie był studentem prawa, ani być nie zamierzał. Zna obowiązkowo wszystkie prawnicze nieśmieszne i jeszcze mniej śmieszne anegdotki, a teraz zaczyna poznawać również te blogerskie. Chyba właśnie zrozumiałam dlaczego nikt z najbliższego otoczenia nie był gotów na publiczne docenienie faktu wyruszenia przeze mnie w blogerską podróż życia. Może wiedzieli z tym to będzie związane. Pewnie bali się, że zacznę im czytać. Oczywiście tylko co ciekawsze fragmenty, ale przez 20 minut dziennie. Codziennie.

book-grasscasual-business-woman-typing-on-laptop-whilst-in-bed wedrowka-ffstocksnap_pp5npv5rga

Share: