h3

Od dzieci możemy, a nawet powinniśmy uczyć się absolutnie wszystkiego, cały czas i koniecznie zaczynając od samego początku.

Jesteśmy dorośli, mamy swój mały, uporządkowany świat pełen zasad, utartych ścieżek, reguł i zwyczajów, które na przestrzeni lat wypracowaliśmy. Budowaliśmy ten świat przez całe swoje życie, zbieraliśmy po drodze całe worki cennych doświadczeń i wniosków na każdy możliwy temat. Mamy ugruntowane opinie i  przekonania oparte na rzetelnej wiedzy i konkretnych argumentach. Wiemy co na dany temat myślimy, jak postrzegamy rzeczywistość. Wiemy co, kiedy i jak dokładnie  powinniśmy zrobić. Doskonale czujemy się udzielając życiowych rad innym ludziom, lubimy ich pouczać lub przekonywać do własnego systemu wartości. Kto lepiej niż właśnie my wie co jest naprawdę dobre i słuszne, a co złe i zasługujące na potępienie i wieczny niebyt? Do perfekcji opracowaliśmy swój osobisty schemat działania w każdej możliwej sytuacji, jesteśmy tak doświadczeni, że nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Posiadamy tajemną wiedzę, która daje nam w głowie zielone światło do bycia pouczającym mentorem,a jednocześnie jedynym właściwym,  nieomylnym przewodnikiem życia. Podsumowując mamy w swojej ocenie pełne prawo i wszelkie  wymagane kompetencje żeby zarządzać innymi.

A teraz wyobraźmy sobie, że na świat ma niebawem przyjść nasze dziecko. Jeśli mamy jeszcze chwilę żeby przygotować się do tego wiekopomnego wydarzenia, tym lepiej dla nas. Dobra wiadomość jest taka, że zostało nam ciut więcej czasu na spakowanie całego tego swojego perfekcyjnie opracowanego systemu do worka z instruktażem życia i posłanie go w kosmos. Może tam się komuś przyda, bo nam ani naszemu maleństwu na pewno nie!

W chwili kiedy zostajemy rodzicami dzieje się absolutnie najwspanialsza rzecz w naszym życiu. Rodzi się oto maleńka istota, która z jednej strony wymaga tak wiele troski z naszej strony, jest taka delikatna i bezbronna, a z drugiej, od pierwszych chwil swojego życia rozpoczyna proces niesamowitej zmiany naszego dotychczasowego ja. Oczywiście, to czy na tą zmianę jej pozwolimy zależy tylko od nas. Nie ma odgórnego przymusu na danie dziecku przyzwolenia by odtąd to ono prowadziło nas przez życie. Żebyśmy raczej zaczęli podążać za nim aniżeli ciągnęli je na siłę w swoim kierunku.

Ja od samego początku instynktownie wybrałam płynięcie z prądem mojego dziecka. Nie planowałam tego, nie analizowałam jakie przyniesie skutki. Nie rozważałam żadnych za i przeciw, ani nie miałam w tym żadnego ukrytego celu. To zadziało się po prostu samo. W chwili kiedy urodziła się moja córeczka poczułam, że mimo tej maleńkości, która wysuwa się zazwyczaj u dziecka na pierwszy plan, mam do czynienia z niesamowitym cudem. Od czasu kiedy zostałam mamą towarzyszy mi poczucie, że dzieci przychodzące na świat absolutnie nie są białymi kartkami, nie są nieporadnymi istotkami, które trzeba wszystkiego nauczyć. Nie postrzegam dzieci jako gąbeczek, które mają zaszczyt chłonąć wspaniałości oferowane im przez nas – genialnych, znających się na życiu dorosłych. Wręcz przeciwnie. Widzę w dzieciach niesamowity potencjał.

Obserwując moją córkę, z dnia na dzień jestem nią coraz bardziej zachwycona. W ciągu ostatniego roku, od chwili narodzin aż do teraz zrobiła postępy o jakich żaden z nas -dorosłych nie może nawet w ogóle marzyć. Nawet gdybyśmy poświęcili każdą wolna chwilę na intensywny trening samodoskonalenia i rozwoju, nie mamy szans nauczyć się w takim okresie czasu tyle, ile uczy się każdy mały człowiek od chwili przyjścia na świat. Mając to w tyle głowy odczuwam, ogromną wprost przyjemność z podążania za moim dzieckiem, przyglądania się mu i analizowania tego w jaki sposób się zachowuje, jak zabiera się za nowe rzeczy, jak patrzy na świat. Będąc z moją córką dosłownie chowam wszelkie swoje dotychczasowe opinie i schematy działania żeby móc jak najwięcej się od niej nauczyć. To ja jestem tą gąbką chłonącą wiedzę i spojrzenie na świat mojego dziecka. Chcę być z nią by móc wspólnie poznawać świat na nowo. Tym razem z zupełnie innej perspektywy.

Wiadomo, jestem matką i to do mnie należy dbanie o zdrowie i bezpieczeństwo mojego dziecka. W tej kwestii nie jestem w stanie iść na jakiekolwiek kompromisy. Jestem odpowiedzialna za Helenkę i są momenty kiedy stanowczo stawiam na swoim żeby ochronić ją przed realnym zagrożeniem. Staram się natomiast nie nadużywać swojej pozycji. Oznacza to tyle, co nie narzucanie swojego zdania w bezsensowny sposób. O co mi chodzi?

Rodzice z racji z swojej oczywistej wyższości i rzekomej przewagi intelektualnej połączonej z niekwestionowanym doświadczeniem życiowym i niezaprzeczalną intuicją przyznają sobie   niejednokrotnie (niesłusznie zresztą) prawo do decydowania o wszystkim w kwestii własnego dziecka. Wygląda to w ten sposób, że rodzic zupełnie bezrefleksyjnie zabrania dziecku pewnych zachowań mimo, że nie ma ku temu absolutnie żadnych podstaw. Takie zachowanie kojarzy mi się z ogromną potrzebą bezsensownej dominacji rodzica nad dzieckiem. Pokazania kto jest mądrzejszy, ważniejszy i komu należy się szacunek. Dla mnie taki szacunek oparty na autorytecie budowanym w oparciu o strach powinniśmy sobie jako rodzice całkowicie darować. Czasy kiedy ludzie chcąc być szanowanymi skłaniali się ku agresji czy to słownej czy fizycznej bezpowrotnie minęły. Świat poszedł do przodu i my również nie powinniśmy zawsze i za wszelką cenę powielać błędów poprzednich pokoleń. W praktyce wygląda to najczęściej tak, że rodzic ciągle dziecku wszystkiego zabrania. Tu nie wchodź, tam nie idź, tego nie ruszaj, tamto zostaw, tego nie rób, nie dotykaj, nie zabieraj, nie tam, nie, nie, nie, nie…! Jasne, są sytuacje kiedy coś faktycznie zagraża dziecku, wtedy to jasne, że rodzic musi użyć swojego autorytetu i nie przygląda się czy dziecko zrobi sobie krzywdę czy nie. Chodzi o zakazy bezsensowne. Takie ot, żeby pokazać kto tu rządzi!

23

Była wczesna jesień, piękna pogoda, słońce, sucho, deszcz nie padał od dłuższego czasu. Spacerujemy sobie z moją córeczką niedaleko domu i ona ciągle o coś pyta, chce się dowiedzieć co to jest to wszystko co mijamy. Co chwilę zatrzymuje się, pyta, kuca, dotyka kamyków, trawy, kostki brukowej i ogrodzeń. Nie spieszymy się, zatrzymujemy kiedy tego potrzebuje i na jak długo potrzebuje. Czasami siada na chodniku i ogląda znalezione po drodze skarby obracając je w rączkach. Ja dbam jak zwykle w pierwszej kolejności o bezpieczeństwo, a równolegle staram się by po prostu przyjemnie i ciekawie spędzała czas na spacerze. Spotykamy rozmawiających sąsiadów. Rozczulają się w rozmowie ze mną na temat tego jakie mam radosne dziecko, jakie uśmiechnięte, jakie grzeczne, że w ogóle nigdy nie widzą jak ona płacze. Toczy się dyskusja na temat tego, że takie dziecko to skarb, w ogóle dar od losu i rzadko się zdarzają takie bezproblemowe dzieciaczki. Nagle ni z tego, ni z owego, jedna z sąsiadek z poważną miną, podniesionym głosem, każe mojemu dziecku żeby natychmiast wstało i nie siedziało na chodniku, groźnie łypiąc na mnie okiem, że na taką zbrodnie zezwalam i nie interweniuje. Notabene, od dobrych 15 minut sąsiadka też nie miała nic przeciwko. Ot, nagle poczuła w sobie chęć skarcenia mojego dziecka. Zapytałam grzecznie po co ma wstawać skoro chodnik nagrzany od słońca, dziecię ma pampersa, na nim rajstopy, na rajstopach jeszcze spodenki krótkie, ale ciepłe więc przechłodzenie i zapalenie pęcherza jej niegroźne. Wilka nie złapie. Odpowiedź brzmi „ Ja bym mojemu dziecku tak nie pozwoliła robić i tyle”. Drążę więc temat i pytam dlaczego, „Nie, i tyle. Bo bym nie pozwoliła, a dziecko ma się słuchać”. Tłumaczę więc, że dziecię moje tak czasem siada na ziemi, i to jest ok, potrzebuje chwili by w spokoju coś obejrzeć, a niezwyczajne do chodzenia dłuższego nóżki przy okazji odpoczną,i, że o dziwo dziecię jeszcze nawet nie było od urodzenia przeziębione. Mówię, że katarów nie ma, że gile i nie wiszą, kaszlu nie ma, nie dajemy leków bo nie ma potrzeby. „Ja bym nie pozwoliła i koniec!”. Tyle się dowiedziałam.

To jest właśnie dla mnie bezsensowe narzucanie swoich wymysłów dzieciom. Nie dlatego, że się ma w tym jakiś cel, nie dlatego, że się konkretnie przed czymś dziecko chroni, albo chce się go czegoś nauczyć o życiu. Takich sytuacji jest oczywiście mnóstwo, spotykamy się z nimi na każdym kroku. Co i rusz spotykam się ze zdziwieniem, że nie popędzam dziecka kiedy się nie spieszymy, że pozwalam na zakupach czasami wyjść z wózka i  niespiesznie pospacerować, że odpowiadam na każde „A cio to? A to cio?” choćby to milionowy raz było pytanie o to samo. Dziwią się ludzie zazwyczaj dlatego, że Helena jest naprawdę grzeczna jak na tak małego człowieka, a ja  wcale nieustannie nie zwracam uwagi. Osobiście mam wrażenie, że i tak za często słyszę ze swoich ust, że czegoś nie wolno, mimo, że ma to miejsce tylko w sytuacjach odnoszących się do autentycznego zagrożenia, w obliczu tego, że naprawdę może sobie zrobić krzywdę.

Staram się po prostu nie smęcić bez powodu i na siłę nie narzucać Helence swojego zdania. Nie chcę ciągnąć jej płaczącej za rękę jeśli nie ma takiej konieczności, nie chce wmuszać jedzenia, nie chcę na siłę usypiać i narzucać zabaw. Staram się po prostu podążać za jej pomysłami, bawić się z nią w to co wymyśli. Daję jej jeść kiedy o to poprosi, a odkąd skończyła roczek sama mówi mi kiedy jest głodna, a pokazuje, że jest śpiąca i chce odpocząć od zawsze sama. Dzięki temu nie musimy jej nigdy usypiać, sama zasypia. Ja tylko bardzo uważnie ją obserwuje. Uczę się nieustannie odczytywać to co chce mi właśnie przekazać. Teraz jest łatwiej, wiadomo. Teraz Helenka pokazuje kiedy „ma śpiące oko” i wtedy ją kładę. Bierze mnie za rękę i prowadzi do schodów żeby zanieść ją na górę i położyć spać. Mówi „mamo, ama” kiedy chce zjeść coś konkretnego i „mamo, mlam, mlam” kiedy ma ochotę na mleko. Kiedy jeszcze nie potrafiła tak wyraźnie wszystkiego komunikować starałam się po prostu regularnie, w odpowiednich odstępach zaspokajać jej potrzeby, sprawdzać wszystko i odpowiadać na wszelkie jej sygnały kierowane w moją stronę. Tak samo robił mój mąż, również bez oparcia o jakąś szczególną filozofię. Robiliśmy wszystko po prostu tak żeby wiedziała, że każda jej potrzeba będzie zaspokojona, żeby nam zaufała, że wystarczy nam pokazać, że czegoś potrzebuje, a my na pewno jej pomożemy. Od początku wiedziałam jedno, nie chcę być mamą bo mam taki kaprys, tylko dlatego żeby urodzić dziecko, i żeby to dziecko było szczęśliwe. Pragnęłam szczęśliwego dziecka dla niego, a dopiero potem dla mnie i dla całego świata. Ja jestem po to żeby mu w tym pomóc, a przy okazji wiem, że da mi ten stan rzeczy szczęście nieporównywalne z niczym innym.

Najbardziej cieszę się z tego, że takie podejście przyniosło doskonałe rezultaty, chociaż nie były z góry zamierzone! Dziecko nauczyło się nie tylko świetnie z nami komunikować, ale przede wszystkim, i z tego jestem najbardziej dumna, odczytywać sygnały jakie wysyła mu jego organizm. Ja mimo, że jestem dorosła nie potrafię zawsze rozróżnić czy jestem głodna czy tak naprawdę chce mi się tylko pić. Moja malutka córeczka mimo, że ma niewiele ponad rok potrafi, potrafi też odczytać kiedy jest zmęczona i kiedy ma na coś ochotę. Je chętnie, widać, że jedzenie sprawia jej po prostu przyjemność, potrafi się świetnie bawić, sama wymyśla zabawy i zachęca nas żebyśmy w nich uczestniczyli. Fajnie widzieć poza tym jaka jest dumna, że o sobie decyduje, że dajemy jej przestrzeń gdzie mimo swojej maleńkości stanowi o sobie. Jest samodzielna i kreatywna. Cieszę się, że nie zmuszałam jej do czegokolwiek tylko dla zasady, że nie upieram się przy swoim dla zasady, nie narzucam jej tego co powinna robić. Widząc jak to wszystko zadziałało, chcę podążać tym tropem i nadal być blisko Helenki, niech ona wyznacza kierunek.

Czyli czego właściwie uczymy się od naszych dzieci? Wszystkiego. Absolutnie wszystkiego, a przede wszystkim uczymy się ich samych i to jest wspaniałe. Głęboko wierzę w to, że każde dziecko jest inne. Każde ma swoje indywidualne potrzeby i samo najlepiej pokaże nam jak chce by były zaspokajane. Żeby je usłyszeć, zobaczyć musimy jednak wyzbyć się swojej wszechwiedzącości i wsłuchać w nasze dzieci. Obserwować, patrzeć i ze wszystkich sił skupić się na tym co chcą nam przekazać. Zyskujemy nie tylko świetną relację z naszym dzieckiem, ale odbieramy jedyną w swoim rodzaju lekcję cierpliwości, empatii i szacunku dla drugiego człowieka. Naszym dzieciom należy się największy szacunek więc bądźmy po prostu blisko i odpowiadajmy na ich potrzeby. Nasze dzieci są wspaniałe i wyjątkowe, a my zostając ich rodzicami otrzymaliśmy niepowtarzalną okazję by stać się lepszymi ludźmi! Od teraz, nie tylko dla siebie, ale i dla innych.

Share: